![]() |
| Plakat reklmowy |
niedziela, 8 kwietnia 2018
Zachować twarz
piątek, 6 kwietnia 2018
Morskie opowieści
![]() |
| Zdjęcie własne |
Na początku były Przygody Sindbada Żeglarza z opowieści Bolesława Leśmiana. Chwilę później Wyspa skarbów - Roberta Luisa Stevensona ( ach ci piraci) i Przypadki Robinsona Crusoe - Daniela Defoe (chociaż na wyspie to jednak marynarz). 20 000 mil podmorskiej żeglugi - Juliusza Verne'a pozwoliło mi poznać oceany od ich głębin a Moby Dick - Hermana Mielville'a ciężką pracę ludzi morza i ich zmagania z mistycznym żywiołem natury. Te fikcje wzbudziły mój apetyt na prawdziwe morskie opowieści. Chciwie pochłaniałem historię wielkich morskich odkrywców - Kolumba, de Gamy, Magellana, Cooka oraz tych nowożytnych jak Cousteu, Hayerdahl i innych zdobywców błękitnych przestrzeni. Historie papirusowych łodzi Egipcjan i długich łodzi Wikingów, herbacianych kliprów i transatlantyków w wyścigu o Błękitną Wstęgę. Wieków dominacji żagla i pary. Piractwa, wojen i katastrof. Incydentów niezwykłych, nieprzewidzianych i niesłusznie zapomnianych. Od Mary Celeste, Titanica po MS Gustloff. Od Wielkiej Armady po małą flotę.
Świetnym kompendium wiedzy o morskim świecie stały się książki Georgesa Blonda, które pierwotnie ukazały się jako Wielka przygoda oceanów - Atlantyk i Pacyfik.
Dziesięć lat temu wydane zostały ponownie pt Ocean przygody
![]() |
| Zdjęcie własne |
Oczywiście warto przeczytać całość, każdy rozdział przynosi emocjonującą opowieść a każda z nich, nawet jak nie obudzi w nas wilka morskiego, to pozwoli poczuć zew przygody.
środa, 4 kwietnia 2018
Ready or not
![]() |
| plakat reklamowy |
![]() |
| zdjęcie wydawca |
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
Refleksy #16
Azyl - Niki Caro. Temat samograj, dzisiaj szczególnie pożądany. Polska rodzina ratuje w czasie wojny Żydów ukrywając ich w prowadzonym przez siebie warszawskim zoo. Autentyczna historia, którą nakręcili Czesi i to u siebie. Zadziwiająca indolencja naszej kinematografii. To nie my chcieliśmy wynajmować Gibsona i Eastwooda do reżyserowania patriotycznej narracji?
Nie jestem twoim murzynem - Raoul Peck. Malcolm X, Martin Luther King, Medgar Evers - działacze polityczni, obrońcy praw obywatelskich walczący o równouprawnienie i zniesienia segregacji. Wszyscy zabici w zamachach za swoje przekonania. James Baldwin, pisarz, którego ambicją było na ich przykładzie pokazać stracone szanse Ameryki na zasypanie rasistowskich podziałów, nie zdążył dokończyć swojego dzieła. Raoul Peck w swoim dokumencie próbuje tego z dobrym skutkiem i wcale nie optymistycznymi wnioskami.
Wyznania mordercy - Yû Irie. Zaskakujący japoński thriller. To znaczy jak już poznamy punkt wyjścia - sprawca przedawnionych zbrodni, pięciu zabójstw, ujawnia się, wydaje książkę o ich popełnieniu i zostaje celebrytą, grając tym na nosie ofiarom, ich bliskim i policji - wiemy, że zostaniemy na pewno zaskoczeni. Niespodzianką jest to, że kilka razy.
Anihilacja - Alex Garland. Fabuła oparta o powieść Jeffa VanderMeera (trylogia Southern Reach, wydana u nas jako Unicestwienie*Ujarzmienie*Ukojenie), której nie czytałem więc nie mogę konfrontować. Porównując "objętościowo" wychodzi, że film jest dużym kompromisem wobec powieści. Produkcja netflixa, przeznaczona pierwotnie do kin, porządna ale operująca elementami znanymi literackiej i filmowej sf. Co do samego zakończenia, reżyser jednak nie miał racji.
Volta - Juliusz Machulski. Korony króla czyli historia spóźnionej zemsty z anegdotą historyczną w tle. Vinci pozostaje chyba ostatnią sensowną produkcją faceta, który kiedyś dyktował kanon polskiej komedii filmowej. Może dlatego Volta próbuje go naśladować. Volta podobnie jak Ile waży koń trojański, Kołysanka, AbaSSada to co prawda typowa machulszczyzna ale z dowcipem na poziomie farsy, której widz powinien się bronić pamięcią złotej rybki.
Niepamięć - Atom Egoyan - Zemsta z alzheimerem na karku czyli jak będąc u schyłku życia dopaść nazistę, strażnika z Auschwitz. Lekko hallmarkowa stylistyka przypomina nigdy nie napisany przez Danielle Steel thriller. Fabularnie i aktorsko gdzieś między Maratończykiem a Chłopcami z Brazylii. No i nikt nie mówi o "polskich obozach śmierci" a Hank Schrader umiera po raz drugi.
Paradoks Cloverfield - Julius Onah. Ciąg dalszy projektu J.J.Abramsa, który miał swój zaskakujący początek w 2008 roku (Cloverfield, u nas jako Projekt:Monster) i był kontynuowany w interesującym Cloverfield Lane 10 (2016). Internacjonalna stacja orbitalna prowadzi eksperyment mający uwolnić targaną konfliktami Ziemię od problemów z energią. Dochodzi jednak do tytułowego paradoksu, od którego to nie tylko film się sypie.
Salut-7 - Klim Shipenko. Misja ratująca radziecką myśl naukową, tytułową stację orbitalną w 1985 roku. Spłycając należałoby powiedzieć, że to Grawitacja po rosyjsku. Ale nie tylko tym jest. Oparte na faktach, które jednak tak dramatyczne nie były. Dobre efekty, prosta ale dynamiczna fabuła zachowująca wszystkie elementy takiego widowiska i lekka autoironia.
Trzy spotkania z kinem rumuńskim, każde opowiada o rozumieniu uczciwości wobec siebie i innych. Uczciwości prywatnej i publicznej. Na użytek swój i innych. Też o korupcji w życiu, rozumianej często jako sieci wzajemnych zależnośći, pozornie powierzchownych i nieszkodliwych ale cżesto głęboko naruszjących tkankę naszej przyzwoitości i podkopującej fundamenty zaufania społecznego. Tak jak w Piętro niżej - Radu Munteana gdzie gwałtowna śmierć młodej kobiety staje się wyzwaniem dla jej sąsiadów. Jak w Egzaminie - Cristiana Mungiu, w którym człowiek generalnie porządny, to jest i uczciwy i przyzwoity, zrobi wszystko dla zapewnienia sukcesu swojej córki. I jak w chyba najlepszej Sieranevadzie - Cristi Puiu, gdzie zorganizowana w M-4 stypa ujawnia różne, wieksze lub mniejsze, problemy rodzinne i wzajemne animozje. W każdym z tych filmów dwa wątki stają się ich podstawą i punktem wyjścia - charakterystyczna dla społeczeństw transformacyjnych Europy środkowej i wschodniej słabość Państwa, które z wszystkimi tego konsekwencjami, zastępuje, wywodzący się często z poprzedniego systemu, zaradny obywatel oraz ciepły obraz młodego pokolenia, które, czy nam się to podoba czy nie, będzie kroczyć własną drogą.
Ptaki śpiewają w Kigali - Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze. Niedoceniony przez publiczność chyba najważniejszy polski film ostatnich lat. Zaryzykowałbym, że nawet w wymiarze europejskim. Historia rwandyjskiej dziewczyny uratowanej z rzezi Tutsi przez polską ornitolog badającą zwyczaje sępów afrykańskich wspólnie z jej ojcem. Opowieść jednocześnie prosta i skomplikowana. Przecież rzecz nie tylko o tym afrykańskim ludobójstwie, nie tylko o afrykańskich sąsiadach, nieprzepracowanych traumach i dramacie uchodźców o innym kolorze skóry. Opowiedziane to wszystko w sposób wyciszony, powściągliwy z pokorą często obcą polskiemu kinu.
Niemiłość - Andriej Zwiagincew to gwarancja kina na wysokim poziomie. Nie jest inaczej i tym razem. Historia rozwodzącego się małżeństwa, których jedyne dziecko, nastoletni syn, pod presją okoliczności z tym związanych ucieka z domu. Czy niemiłość to tylko prosty brak miłości czy znacznie coś gorszego. Nie wiem. Zwiagincew opowie nam o konsekwencjach tego stanu. Powoli, na zimno, brutalnie.
Terror - serial na podstawie powieści Dana Simmonsa. Bardzo dobrze trzyma klimat książki i nawet mroźny krajobraz jak z Doktora Żywago nie razi a nawet pasuje niczym stara rycina do współczesnego reprintu opowieści o tej tragicznej wyprawie końca epoki wielkich odkryć geograficznych.
Collateral - watahopodobny miniserial brytyjski gdzie w wielkomiejskim środowisku podobnie jak na polskim pograniczu splatają się interesy służb państwa z interesami jego obywateli.
Nie jestem twoim murzynem - Raoul Peck. Malcolm X, Martin Luther King, Medgar Evers - działacze polityczni, obrońcy praw obywatelskich walczący o równouprawnienie i zniesienia segregacji. Wszyscy zabici w zamachach za swoje przekonania. James Baldwin, pisarz, którego ambicją było na ich przykładzie pokazać stracone szanse Ameryki na zasypanie rasistowskich podziałów, nie zdążył dokończyć swojego dzieła. Raoul Peck w swoim dokumencie próbuje tego z dobrym skutkiem i wcale nie optymistycznymi wnioskami.
Wyznania mordercy - Yû Irie. Zaskakujący japoński thriller. To znaczy jak już poznamy punkt wyjścia - sprawca przedawnionych zbrodni, pięciu zabójstw, ujawnia się, wydaje książkę o ich popełnieniu i zostaje celebrytą, grając tym na nosie ofiarom, ich bliskim i policji - wiemy, że zostaniemy na pewno zaskoczeni. Niespodzianką jest to, że kilka razy.
Anihilacja - Alex Garland. Fabuła oparta o powieść Jeffa VanderMeera (trylogia Southern Reach, wydana u nas jako Unicestwienie*Ujarzmienie*Ukojenie), której nie czytałem więc nie mogę konfrontować. Porównując "objętościowo" wychodzi, że film jest dużym kompromisem wobec powieści. Produkcja netflixa, przeznaczona pierwotnie do kin, porządna ale operująca elementami znanymi literackiej i filmowej sf. Co do samego zakończenia, reżyser jednak nie miał racji.
Volta - Juliusz Machulski. Korony króla czyli historia spóźnionej zemsty z anegdotą historyczną w tle. Vinci pozostaje chyba ostatnią sensowną produkcją faceta, który kiedyś dyktował kanon polskiej komedii filmowej. Może dlatego Volta próbuje go naśladować. Volta podobnie jak Ile waży koń trojański, Kołysanka, AbaSSada to co prawda typowa machulszczyzna ale z dowcipem na poziomie farsy, której widz powinien się bronić pamięcią złotej rybki.
Niepamięć - Atom Egoyan - Zemsta z alzheimerem na karku czyli jak będąc u schyłku życia dopaść nazistę, strażnika z Auschwitz. Lekko hallmarkowa stylistyka przypomina nigdy nie napisany przez Danielle Steel thriller. Fabularnie i aktorsko gdzieś między Maratończykiem a Chłopcami z Brazylii. No i nikt nie mówi o "polskich obozach śmierci" a Hank Schrader umiera po raz drugi.
Paradoks Cloverfield - Julius Onah. Ciąg dalszy projektu J.J.Abramsa, który miał swój zaskakujący początek w 2008 roku (Cloverfield, u nas jako Projekt:Monster) i był kontynuowany w interesującym Cloverfield Lane 10 (2016). Internacjonalna stacja orbitalna prowadzi eksperyment mający uwolnić targaną konfliktami Ziemię od problemów z energią. Dochodzi jednak do tytułowego paradoksu, od którego to nie tylko film się sypie.
Salut-7 - Klim Shipenko. Misja ratująca radziecką myśl naukową, tytułową stację orbitalną w 1985 roku. Spłycając należałoby powiedzieć, że to Grawitacja po rosyjsku. Ale nie tylko tym jest. Oparte na faktach, które jednak tak dramatyczne nie były. Dobre efekty, prosta ale dynamiczna fabuła zachowująca wszystkie elementy takiego widowiska i lekka autoironia.
Trzy spotkania z kinem rumuńskim, każde opowiada o rozumieniu uczciwości wobec siebie i innych. Uczciwości prywatnej i publicznej. Na użytek swój i innych. Też o korupcji w życiu, rozumianej często jako sieci wzajemnych zależnośći, pozornie powierzchownych i nieszkodliwych ale cżesto głęboko naruszjących tkankę naszej przyzwoitości i podkopującej fundamenty zaufania społecznego. Tak jak w Piętro niżej - Radu Munteana gdzie gwałtowna śmierć młodej kobiety staje się wyzwaniem dla jej sąsiadów. Jak w Egzaminie - Cristiana Mungiu, w którym człowiek generalnie porządny, to jest i uczciwy i przyzwoity, zrobi wszystko dla zapewnienia sukcesu swojej córki. I jak w chyba najlepszej Sieranevadzie - Cristi Puiu, gdzie zorganizowana w M-4 stypa ujawnia różne, wieksze lub mniejsze, problemy rodzinne i wzajemne animozje. W każdym z tych filmów dwa wątki stają się ich podstawą i punktem wyjścia - charakterystyczna dla społeczeństw transformacyjnych Europy środkowej i wschodniej słabość Państwa, które z wszystkimi tego konsekwencjami, zastępuje, wywodzący się często z poprzedniego systemu, zaradny obywatel oraz ciepły obraz młodego pokolenia, które, czy nam się to podoba czy nie, będzie kroczyć własną drogą.
Ptaki śpiewają w Kigali - Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze. Niedoceniony przez publiczność chyba najważniejszy polski film ostatnich lat. Zaryzykowałbym, że nawet w wymiarze europejskim. Historia rwandyjskiej dziewczyny uratowanej z rzezi Tutsi przez polską ornitolog badającą zwyczaje sępów afrykańskich wspólnie z jej ojcem. Opowieść jednocześnie prosta i skomplikowana. Przecież rzecz nie tylko o tym afrykańskim ludobójstwie, nie tylko o afrykańskich sąsiadach, nieprzepracowanych traumach i dramacie uchodźców o innym kolorze skóry. Opowiedziane to wszystko w sposób wyciszony, powściągliwy z pokorą często obcą polskiemu kinu.
Niemiłość - Andriej Zwiagincew to gwarancja kina na wysokim poziomie. Nie jest inaczej i tym razem. Historia rozwodzącego się małżeństwa, których jedyne dziecko, nastoletni syn, pod presją okoliczności z tym związanych ucieka z domu. Czy niemiłość to tylko prosty brak miłości czy znacznie coś gorszego. Nie wiem. Zwiagincew opowie nam o konsekwencjach tego stanu. Powoli, na zimno, brutalnie.
Terror - serial na podstawie powieści Dana Simmonsa. Bardzo dobrze trzyma klimat książki i nawet mroźny krajobraz jak z Doktora Żywago nie razi a nawet pasuje niczym stara rycina do współczesnego reprintu opowieści o tej tragicznej wyprawie końca epoki wielkich odkryć geograficznych.
Collateral - watahopodobny miniserial brytyjski gdzie w wielkomiejskim środowisku podobnie jak na polskim pograniczu splatają się interesy służb państwa z interesami jego obywateli.
niedziela, 11 marca 2018
Trylogiodyci
![]() |
| zdjęcie własne |
Ta sceniczna "biografia człowieka, który podarował Polakom historię i historia problemu, jaki z tego wyniknął" próbuje odpowiedzieć na pytanie "czy jest możliwa historia poza Sienkiewiczem? Historia, z której nadal bylibyśmy dumni?" Odpowiedzi próbują udzielić Pan Prezydent z Pierwszą Damą (Kosela i Sierakowska) prowadzący z Pałacu Narodowe Czytania Sienkiewicza (oczywiście wyjątków z Trylogii, bo szum husarskich skrzydeł nas najbardziej uspokaja). Pomagają im duchy, samego Noblisty (Perkowski) i jego żony Marii (Łaganowska) oraz ówczesnego adwersarza, Legendy Młodej Polski, Stanisława Brzozowskiego (Kosowski). Mamy również Jerzego Hoffmana, który jakby wbrew swoim marzeniom zakonserwował na taśmie filmowej to co najbardziej widowiskowe i charakterystyczne u pisarza. Jak wyrzut sumienia i gorzki leitmotiv po scenie snuje się Janko Muzykant (Celler-Jezierska) zamiennie grający ukraińską sprzątaczkę/Bohuna. Dzięki scenicznej magii tych zwielokrotnionych postaci jest oczywiście więcej - Sienkiewicz gra Hoffmanem niczym swoim alter ego, pojawi się przecież naturalista Emil Zola/minister/ksiądz/tułacz (Mokrzycki). Brzozowski to także potrójny Olbrychski, wzbudzający aplauz widowni kwestiami z filmowej Trylogii (co potwierdza naszą miłość do tego co znamy).
Czy zadane pytania doczekały się odpowiedzi? Anecie Goroszyńskiej, zasługa to oczywista tekstu Jana Czaplińskiego, udała się ta sztuka doskonale. Poruszamy się przez wyobrażone Rzeczypospolite począwszy od tej z Trylogii, przez ziemie Zaborów, powstania i wojnę po współczesne marsze niepodległościowe. Uchwyciła patriotyzm in statu nascendi nie tylko ten kojarzący się dzisiaj z patriotyczną koszulką i z racą w ręku. To także głos o roli literatury i sztuce jej odbioru. I kobietach w tych światach. Wszechstronnie demitologizując postać Henryka Sienkiewicza udało się jednocześnie nie zrzucić go z cokołu. Chyba nawet się nie zachwiał.
Jestem pewny, że uśmiechał się do nas stamtąd gdzie jest albo musi być.
Brawa dla całego zespołu aktorskiego: Sary Celler-Jezierskiej, Ireny Sierakowskiej, Joanny Łaganowskiej, Michała Kosela, Rafała Kosowskiego, Piotra Mokrzyckiego, Filipa Perkowskiego. I osób odpowiedzialnych za spektakl - Anety Goroszyńskiej, Jana Czaplińskiego oraz Tomasza Walesiaka - scenografia, kostiumy, światło, Jerzego Rogiewicza - muzyka, Mikołaja Karczewskiego - ruch sceniczny. Także dla przemiłej obsługi Teatru.
PS Wałbrzych w swojej śródmiejskiej, zrewitalizowanej części, pusty i smutny. Nie tłumaczy tego późnozimowa aura, bo sobota była ciepła. Pusty bo chyba wszystkich mieszkańców spotkaliśmy w CH Victoria. W końcu dzisiaj wolna od handlu niedziela. Smutny bo oprócz Urzędów reszta jest na sprzedaż lub do wynajęcia. Ale Teatr doskonały.
czwartek, 8 marca 2018
To wspaniałe stulecie
Trudno podejrzewać Jarosława Kaczyńskiego, że jego polityka to rodzaj finty wewnątrz finty w fincie i poprzez wywoływanie określonych kryzysów jej celem jest historyczne i społeczne edukowanie i wyrobienie naszego społeczeństwa. Jego, jakby to nie brzmiało, wzmożenie. Że dzięki tym kryzysom przypomniał narodowi jego nacjonalizm, antysemityzm, latencje lat socjalizmu i zmarnowane szanse Solidarności, rewolucyjną chciwość i mściwość. I kolejne w nim miesiące, marzec, październik i grudzień a przy nich czerwiec i listopad, wszystkie krzyczące wolnością, najbardziej polskie w kalendarzu. Że przypomniał jego grzechy i teraz od narodu zależy, którą drogą pójdziemy. Czy wykażemy się jako naród z powiedzenia przypisywanego Piłsudskiemu czy jako społeczeństwo obywatelskie i odpowiedzialnie zróżnicowane. Kulminacją czego ma być rok 2018, rok stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, rok być może najważniejszy dla zmiany ustrojowej państwa. Być może najważniejszy dla potwierdzenia naszego miejsca w Europie, na świecie. Naszej samorządności. Trudno mi o to wszystko podejrzewać jednego człowieka. Trudno mi w to uwierzyć i nie wierzę chociaż mam nadzieję, że to się właśnie niezależnie od niego dzieje.
Z drugiej strony zapowiadane tak hucznie obchody jubileuszu 100 lecia odzyskania niepodległości (na razie tego nie widać) ze stulecia tego wykreślają całe dekady istnienia Polski, co najmniej wskazując na jej podległość. Taki paradoks. To jak "since" w znakach firmowych, "istnieje od", czasami trudno nam uwierzyć, że ten batonik albo napój już tyle lat jest na rynku razem z nami. To tylko forma autopromocji, nieszkodliwie czerpiąca z dumy i wzmacniająca zaufanie do marki.
Lubimy zapatrywać się w inne narody. Oprócz słynnej już drugiej Japonii, mieliśmy być przecież drugą Irlandią. Podejrzewam nawet, że wchodząc do UE byliśmy pewni, że to tak naprawdę Stany Zjednoczone. Ostatnio zauroczyły nas Węgry, przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy jak dwa bratanki. Miłość ta ostatnio przygasła ale na horyzoncie pojawił się nowy amant. Turcja, a Orbana politycznie przebija Erdogan. To podobny fenomen do węgierskiego czy gruzińskiego. Więcej nas dzieli niż łączy ale to co łączy jest silniejsze. I wcale nie mówię o sentymencie do Balatonu, tureckich seriali czy gruzińskiego alkoholu. Orhan Pamuk, Turek przecież, w jednym z wywiadów gorzko ocenia swój kraj - "Nie jesteśmy już ani trochę demokracją europejską. Jesteśmy „demokracją wyborczą”, gdzie zwycięzca może robić, co tylko chce, a szacunek dla wolności słowa jest w zaniku. Sędziowie są również kontrolowani przez rząd. No, i mamy nową konstytucję, która została napisana w taki sposób, że bez względu na to, kto wygra wybory i przejmie władzę, będzie musiał postępować jak autokrata".
Może Polskę to czeka. Może Polska, która jest kobietą, na to nie pozwoli.
Z drugiej strony zapowiadane tak hucznie obchody jubileuszu 100 lecia odzyskania niepodległości (na razie tego nie widać) ze stulecia tego wykreślają całe dekady istnienia Polski, co najmniej wskazując na jej podległość. Taki paradoks. To jak "since" w znakach firmowych, "istnieje od", czasami trudno nam uwierzyć, że ten batonik albo napój już tyle lat jest na rynku razem z nami. To tylko forma autopromocji, nieszkodliwie czerpiąca z dumy i wzmacniająca zaufanie do marki.
Lubimy zapatrywać się w inne narody. Oprócz słynnej już drugiej Japonii, mieliśmy być przecież drugą Irlandią. Podejrzewam nawet, że wchodząc do UE byliśmy pewni, że to tak naprawdę Stany Zjednoczone. Ostatnio zauroczyły nas Węgry, przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy jak dwa bratanki. Miłość ta ostatnio przygasła ale na horyzoncie pojawił się nowy amant. Turcja, a Orbana politycznie przebija Erdogan. To podobny fenomen do węgierskiego czy gruzińskiego. Więcej nas dzieli niż łączy ale to co łączy jest silniejsze. I wcale nie mówię o sentymencie do Balatonu, tureckich seriali czy gruzińskiego alkoholu. Orhan Pamuk, Turek przecież, w jednym z wywiadów gorzko ocenia swój kraj - "Nie jesteśmy już ani trochę demokracją europejską. Jesteśmy „demokracją wyborczą”, gdzie zwycięzca może robić, co tylko chce, a szacunek dla wolności słowa jest w zaniku. Sędziowie są również kontrolowani przez rząd. No, i mamy nową konstytucję, która została napisana w taki sposób, że bez względu na to, kto wygra wybory i przejmie władzę, będzie musiał postępować jak autokrata".
Może Polskę to czeka. Może Polska, która jest kobietą, na to nie pozwoli.
piątek, 2 marca 2018
Refleksy #15
K2. Dotknąć nieba - Eliza Kubarska. Dokument HBO szczególnie aktualny z punktu widzenia tegorocznych, zimowych wypraw na Nanga Parbat czy K2. Refleksje dzieci, dziś już dorosłych, wspinaczy, którzy zginęli na K2 w 1986 roku. Jak po latach oceniają śmiertelną pasję swoich rodziców, tą miłość z którą przegrało ich dzieciństwo. Wszystko to opowiedziane w drodze do miejsca ich śmierci, jak powiedziała jedna z uczestniczek, miejsca dla niej tak obcego jak zimny kosmos. Poruszające i co ważniejsze, szczere.
Florida Project - Sean Baker. W czasie deszczu dzieci nie zawsze się nudzą. Po słodkiej Mandarynce, Baker zafundował nam tym razem bardzo gorzki projekt. Orlando na Florydzie znane jest głównie z Parku Rozrywki Disneya. W jego sąsiedztwie rozgrywa się historia grupki dzieciaków i ich opiekunów, zamieszkujących fioletowy hotelowiec przeznaczony raczej dla niezamożnej klienteli (Willem Dafoe jako dobry duch, zarządca tego obiektu). Główną bohaterką jest Halley i jej kilkuletnia córeczka Moonee, zaprzyjaźniona z kilkorgiem dzieci. Najciekawsze jest właśnie pokazanie dzieci, które często pozostawione same sobie układają swój własny świat, relacje a co ważniejsze są jeszcze daleko od smutnego życia ich rodziców. W emocjach podobne do Bestii z południowych krain - Benh Zeithlin.
Do tych obskurnych moteli powracam jeszcze raz za sprawą:
American Honey - Andrea Arnold. Reżyserka znany mi z Fish Tank znowu obserwuje nastoletni świat, przy okazji dając nam okazję pojeździć trochę po juesej. Obserwujemy grupę młodych ludzi, którzy włócząc się po kraju zarabiają akwizycją. Ich działanie, czasami na granicy prawa, polega na sprzedawaniu prenumerat różnych czasopism ludziom niekoniecznie ich potrzebującym. Ci piękni, nastoletni, podróżujący vanem, niczym cygański tabor lub cyrkowa trupa, współcześni nomadzi żyjący dniem dzisiejszym, ciesząc się swoją młodością, z wiarą i lękiem czekają na jutro. Naturalnie to zagrane, ładnie sfotografowane, dobre muzycznie więc można wybaczyć, że trochę za długie.
Kształt wody - Guillermo del Toro. Niezrozumiałe dla mnie wysokie szanse Oskarowe. Gdyby nie kilka scen, jawnie seksualnych lub zbyt naturalistycznych, byłby idealnym filmem dla dzieci. Uczyłby wrażliwości i szacunku dla odmienności. Jego głębokie humanistyczne przesłanie, czerpiące z bajek, lęków i cudzych filmów*, raczej nie ma szans nauczyć tego dorosłego. Obawiam się, po Crimson Peak już drugi raz, że del Toro chce być bardziej swoich filmów widzem niż scenarzystą, reżyserem i zapomina o reszcie widowni. Chyba, że jak mówi jeden z bohaterów filmu, urodził się za wcześnie lub za późno. Obstawiam to drugie.
Lady Bird - Greta Gerwig. Film dziewczyński, który momentami spogląda jednak na chłopaków. Główna bohaterka przedstawiająca się jako Lady Bird po skończeniu edukacji w katolickiej szkole chce wyrwać się z Kalifornii i kontynuować naukę w Nowym Jorku. Nie za bardzo stać na to jej rodziców a i ona do najzdolniejszych nie należy. Wydawałoby się, że zwyczajna Krysia tyle, że jest silnie zdeterminowaną i samodzielną panną, która nie czeka na to co życie jej zaoferuje. Naturalnie zagrany scenariusz i lekkość z jaką film jest prowadzony pozwala patrzeć na niego z sympatią. Jedyna reżyserka wśród nominowanych przez Akademię reżyserów nakazuje być czujnym.
Ja, Tonya - Craig Gillespie. Sportowe Fargo, tyle, że bez trupów, Ostrza chwały na serio. Pamiętam tę historię z newsów i artykułów. Utytułowana łyżwiarka, mistrzyni USA, reprezentantka olimpijska, została oskarżona o zlecenie pobicia swojej konkurentki z lodowej tafli. Wycisnąć z tej historii aż tyle to doskonała robota. Zasługa aktorów, szczególnie świetnej Margot Robbie w roli tytułowej i Allison Janney jako jej matki. Panowie też dają z siebie wszystko. Żeby nie było. Nie wiem czy Robbie nie zasłużyła bardziej na statuetkę niż McDormand. Hmm... Zresztą sam film zaskoczył mnie najbardziej i z dotychczas obejrzanych jest w czołówce. Szkoda, że nie dostał nominacji.
Borg McEnroe - Janus Metz. To kolejna sportowa kartka biograficzna tym razem opowiadająca o słynnym tenisowym spotkaniu na Wimbledonie między tytułowymi sławami. Doświadczonym Szwedem Björnem Borgiem (zimny Sverrir Gudnason) i utalentowanym ale jeszcze u progu kariery Amerykaninem Johnem McEnroe (gorący Shia LaBeouf). Rok 1980 to już prawdziwa historia. Film w stylu Wyścigu Rona Howarda, bardziej przez pokazanie pojedynku dwóch indywidualności i oddania ducha sportowej rywalizacji niż dynamiki pokazywanych wydarzeń. Oglądając zmęczyłem się co wcale nie musi być jego zaletą.
McImperium - John Lee Hancock. Jak hartował się hamburger czyli kto musiał stracić by zyskać mógł ktoś. Opowiastka korporacyjna o człowieku, który w kwiecie wieku (52 lata) zapragnął nakarmić Amerykę - szybko, tanio i masowo. A teraz trzeba ten świat odchudzać. Smutna historia braci , którzy to wymyślili a których pomysł i nazwisko wykradł sprytny komiwojażer (Michael Keaton).
Captain Fantastic - Matt Ross. Dawno nie widziany Viggo Mortensen jako ekscentryczny ojciec sześciorga dzieci, które wychowuje poza systemem i wbrew przyjętym konwencjom. Czy są granice wolności czy wolność jest bezgraniczna. Czy miłość i wolność wzajemnie się ograniczają. Czy system zawsze zniewala. Czy Erich Fromm wiedział jak żyć?** Nie jestem pewny czy Rossowi udało się udzielić odpowiedzi na te kardynalne pytania. Chyba, że przyjmiemy za takie akademickie rozważania zaczynające się zazwyczaj od - to zależy... Tylko te owce, dlaczego nie uciekają?
Mock - teatr telewizji w adaptacji Łukasza Palkowskiego. Prequel cyklu o Eberhardzie Mocku, Marka Krajewskiego. Młodego adepta sztuki policyjnej z Breslau tuż przed wybuchem Wojny Światowej, gra Szymon Warszawski, znany chociażby z Belfra a sceną zbrodni i całego przedstawienia staje się Hala Stulecia na chwilę przed otwarciem. Jak na premierową adaptację kryminałów wrocławianina, do tego w scenicznym anturażu, całkowicie znośna. Szkoda jedynie, że Krajewskiego omija kino czy też chociażby tv w postaci mięsistego serialu w stylu np. Babylon Berlin.
Homeland w sezonie siódmym, jeszcze bardziej politycznym, chociaż opowiada o rodzącej się dyktaturze, udowodni, mam nadzieję, że za mechanizmem autorytaryzmu nigdy nie stoi pojedynczy człowiek. Nawet tak potężny jak prezydent tej największej z demokracji. Star Trek Discovery jakoś tak przywiązał do siebie i pozyskał moje zaufanie. W przeciwieństwie do Altered Carbon, które gdzieś od 4 odcinka zacząłem unikać. Czekam na Jessicę Jones i Anihilację wg. VanderMeera.
* wizualnie film to taki mariaż estetyk Jean-Pierre'a Jeuneta z Bryanem Fullerem
** Mieć czy być - Myslovitz
Florida Project - Sean Baker. W czasie deszczu dzieci nie zawsze się nudzą. Po słodkiej Mandarynce, Baker zafundował nam tym razem bardzo gorzki projekt. Orlando na Florydzie znane jest głównie z Parku Rozrywki Disneya. W jego sąsiedztwie rozgrywa się historia grupki dzieciaków i ich opiekunów, zamieszkujących fioletowy hotelowiec przeznaczony raczej dla niezamożnej klienteli (Willem Dafoe jako dobry duch, zarządca tego obiektu). Główną bohaterką jest Halley i jej kilkuletnia córeczka Moonee, zaprzyjaźniona z kilkorgiem dzieci. Najciekawsze jest właśnie pokazanie dzieci, które często pozostawione same sobie układają swój własny świat, relacje a co ważniejsze są jeszcze daleko od smutnego życia ich rodziców. W emocjach podobne do Bestii z południowych krain - Benh Zeithlin.
Do tych obskurnych moteli powracam jeszcze raz za sprawą:
American Honey - Andrea Arnold. Reżyserka znany mi z Fish Tank znowu obserwuje nastoletni świat, przy okazji dając nam okazję pojeździć trochę po juesej. Obserwujemy grupę młodych ludzi, którzy włócząc się po kraju zarabiają akwizycją. Ich działanie, czasami na granicy prawa, polega na sprzedawaniu prenumerat różnych czasopism ludziom niekoniecznie ich potrzebującym. Ci piękni, nastoletni, podróżujący vanem, niczym cygański tabor lub cyrkowa trupa, współcześni nomadzi żyjący dniem dzisiejszym, ciesząc się swoją młodością, z wiarą i lękiem czekają na jutro. Naturalnie to zagrane, ładnie sfotografowane, dobre muzycznie więc można wybaczyć, że trochę za długie.
Kształt wody - Guillermo del Toro. Niezrozumiałe dla mnie wysokie szanse Oskarowe. Gdyby nie kilka scen, jawnie seksualnych lub zbyt naturalistycznych, byłby idealnym filmem dla dzieci. Uczyłby wrażliwości i szacunku dla odmienności. Jego głębokie humanistyczne przesłanie, czerpiące z bajek, lęków i cudzych filmów*, raczej nie ma szans nauczyć tego dorosłego. Obawiam się, po Crimson Peak już drugi raz, że del Toro chce być bardziej swoich filmów widzem niż scenarzystą, reżyserem i zapomina o reszcie widowni. Chyba, że jak mówi jeden z bohaterów filmu, urodził się za wcześnie lub za późno. Obstawiam to drugie.
Lady Bird - Greta Gerwig. Film dziewczyński, który momentami spogląda jednak na chłopaków. Główna bohaterka przedstawiająca się jako Lady Bird po skończeniu edukacji w katolickiej szkole chce wyrwać się z Kalifornii i kontynuować naukę w Nowym Jorku. Nie za bardzo stać na to jej rodziców a i ona do najzdolniejszych nie należy. Wydawałoby się, że zwyczajna Krysia tyle, że jest silnie zdeterminowaną i samodzielną panną, która nie czeka na to co życie jej zaoferuje. Naturalnie zagrany scenariusz i lekkość z jaką film jest prowadzony pozwala patrzeć na niego z sympatią. Jedyna reżyserka wśród nominowanych przez Akademię reżyserów nakazuje być czujnym.
Ja, Tonya - Craig Gillespie. Sportowe Fargo, tyle, że bez trupów, Ostrza chwały na serio. Pamiętam tę historię z newsów i artykułów. Utytułowana łyżwiarka, mistrzyni USA, reprezentantka olimpijska, została oskarżona o zlecenie pobicia swojej konkurentki z lodowej tafli. Wycisnąć z tej historii aż tyle to doskonała robota. Zasługa aktorów, szczególnie świetnej Margot Robbie w roli tytułowej i Allison Janney jako jej matki. Panowie też dają z siebie wszystko. Żeby nie było. Nie wiem czy Robbie nie zasłużyła bardziej na statuetkę niż McDormand. Hmm... Zresztą sam film zaskoczył mnie najbardziej i z dotychczas obejrzanych jest w czołówce. Szkoda, że nie dostał nominacji.
Borg McEnroe - Janus Metz. To kolejna sportowa kartka biograficzna tym razem opowiadająca o słynnym tenisowym spotkaniu na Wimbledonie między tytułowymi sławami. Doświadczonym Szwedem Björnem Borgiem (zimny Sverrir Gudnason) i utalentowanym ale jeszcze u progu kariery Amerykaninem Johnem McEnroe (gorący Shia LaBeouf). Rok 1980 to już prawdziwa historia. Film w stylu Wyścigu Rona Howarda, bardziej przez pokazanie pojedynku dwóch indywidualności i oddania ducha sportowej rywalizacji niż dynamiki pokazywanych wydarzeń. Oglądając zmęczyłem się co wcale nie musi być jego zaletą.
McImperium - John Lee Hancock. Jak hartował się hamburger czyli kto musiał stracić by zyskać mógł ktoś. Opowiastka korporacyjna o człowieku, który w kwiecie wieku (52 lata) zapragnął nakarmić Amerykę - szybko, tanio i masowo. A teraz trzeba ten świat odchudzać. Smutna historia braci , którzy to wymyślili a których pomysł i nazwisko wykradł sprytny komiwojażer (Michael Keaton).
Captain Fantastic - Matt Ross. Dawno nie widziany Viggo Mortensen jako ekscentryczny ojciec sześciorga dzieci, które wychowuje poza systemem i wbrew przyjętym konwencjom. Czy są granice wolności czy wolność jest bezgraniczna. Czy miłość i wolność wzajemnie się ograniczają. Czy system zawsze zniewala. Czy Erich Fromm wiedział jak żyć?** Nie jestem pewny czy Rossowi udało się udzielić odpowiedzi na te kardynalne pytania. Chyba, że przyjmiemy za takie akademickie rozważania zaczynające się zazwyczaj od - to zależy... Tylko te owce, dlaczego nie uciekają?
Mock - teatr telewizji w adaptacji Łukasza Palkowskiego. Prequel cyklu o Eberhardzie Mocku, Marka Krajewskiego. Młodego adepta sztuki policyjnej z Breslau tuż przed wybuchem Wojny Światowej, gra Szymon Warszawski, znany chociażby z Belfra a sceną zbrodni i całego przedstawienia staje się Hala Stulecia na chwilę przed otwarciem. Jak na premierową adaptację kryminałów wrocławianina, do tego w scenicznym anturażu, całkowicie znośna. Szkoda jedynie, że Krajewskiego omija kino czy też chociażby tv w postaci mięsistego serialu w stylu np. Babylon Berlin.
Homeland w sezonie siódmym, jeszcze bardziej politycznym, chociaż opowiada o rodzącej się dyktaturze, udowodni, mam nadzieję, że za mechanizmem autorytaryzmu nigdy nie stoi pojedynczy człowiek. Nawet tak potężny jak prezydent tej największej z demokracji. Star Trek Discovery jakoś tak przywiązał do siebie i pozyskał moje zaufanie. W przeciwieństwie do Altered Carbon, które gdzieś od 4 odcinka zacząłem unikać. Czekam na Jessicę Jones i Anihilację wg. VanderMeera.
* wizualnie film to taki mariaż estetyk Jean-Pierre'a Jeuneta z Bryanem Fullerem
** Mieć czy być - Myslovitz
Subskrybuj:
Posty (Atom)





