niedziela, 29 marca 2020

Refleksy #35

Na noże - Rian Johnson. Detektyw Blank, bohater w typie znanym ze staroświeckich powieści kryminalnych, próbuje ustalić kto przyczynił się do śmierci bogatego nestora rodu. Okazuje się, że każdy z rodziny mógł mieć motyw. Film był chwalony za sposób prowadzenia intrygi i obsadę ale czułem się lekko zmęczony widząc w nim jedynie podróbę stylu vintage.
Kursk -Thomas Vinterberg. Trochę zbyt dziennikarska próba rekonstrukcji wydarzeń związanych z katastrofą rosyjskiego okrętu podwodnego w 2000 r. Szkoda, że po prawie dwóch dekadach... 
Wilcze echa - Abel Lanzac. Również podwodniacka opowieść, taka francuska wersja Karmazynowego przypływu, Tony'ego Scotta. Z zaskoczeniem przypomina nam, że Francja to mocarstwo atomowe i nadal potęga morska (o terytoriach zamorskich nie wspomnę).
Godzina wilka - Alistair Banks Griffin. Intrygująca opowieść o pisarce (Naomi Watts)  uwięzionej w swoim mieszkaniu przez falę upału zalewającą Nowy Jork i własne lęki. 
W lesie dziś nie zaśnie nikt - Bartosz M. Kowalski. Po reżyserze, który ma na swoim koncie świetny Plac zabaw, nie spodziewałem się takiego kina gatunkowego, do tego gatunku naszej kinematografii całkowicie obcemu. Próba slashera wyszła zadowalająco chociaż jej główną wadą jest szmieszkowatość oraz braki dyscypliny w żonglowaniu motywami i większej regionalnej oryginalności. 
Niewidzialny człowiek - Leigh Whannell. To prawie remake Sypiając z wrogiem, Josepha Rubena  z 1991 r. Dobry klimat, właściwie rozplanowane napięcie, jedno lub dwa zaskoczenia. Szkoda tylko, że Elisabeth Moss grzęźnie w takich przemocowych rolach.
Ja teraz kłamię - Paweł Borowski. Ciekawy wizualnie - jakby skrzyżowanie Seksmisji z Radio Ga Ga (a więc i głębsze implikacje), fajnie obsadzony ale kompletnie nie wiem o czym był. Media kreujące rzeczywistość? 
Toy Story 4 - niekończąca się historia w czwartej odsłonie, takiej na trzy z plusem. Widać wyraźnie, że stare zabawki są zmęczone a nowe, no cóż, to śmieci.
Underwater - William Eubank. Permanentna zrzyna z Obcego, z Kristin Stewart nawet zrobioną na Ripley. Zamiast kosmosu oceaniczna głębia gdzie na 11 kilometrach zaczyna się strach. Film ratuje tempo i nie przedłużany koniec. 

Picard - z nostalgii za Star Trekiem Michael Chabon umożliwił Amerykanom powrót czołowego bohatera Gwiezdnej Floty. Akurat Picard jest silnie irytującą osobowością ale żeby stworzyć 10, nie tanich przecież, odcinków celem przybliżenia jego relacji z Datą? No cóż, przynajmniej dowiedzieliśmy się o czym marzą androidy. 
Dziki Bill - serial zaskakująco przyjemny, z dawno nie oglądanym Robem Lowe - amerykański policjant przeprowadza się do Wielkiej Brytanii i zaczyna pracę komendanta w angielskiej policji. Podwładni są przekonani, że pojawił się tylko po to by dokonać cięć finansowych i redukcji etatów. Ale zbrodnie i wykroczenia tego nie wiedzą.
Hunters - Al Pacino jako Żyd kierujący komandem tropiącym nazistowskich zbrodniarzy. Jako, że akcja rozgrywa się gdzieś w latach siedemdziesiątych to roboty mają sporo. Całość w takiej komiksowo-Tarantinowskiej konwencji. Całkiem odmiennie niż Maratończyk Johna Schlesingera.
Devs - serial spod ręki Alexa Garlanda (Ex Machina) po pięciu odcinkach, wydaje się, nie odkrył jeszcze wszystkich kart. Nic tylko oglądać.
Rodzice -  jak w tytule, niełatwe relacje, sarkastyczny humor. O tym, czym nie lubimy się chwalić a bez czego nie ma życia. Prawdziwe aż boli.
Homeland - szkoda, że to ostatni sezon tej doskonałej serii. 

Chociaż większość filmów, które ostatni obejrzałem rozgrywa się w zamkniętych lub ograniczonych przestrzeniach, w klaustrofobicznej, ciężkiej atmosferze (rodzina, która w wyniku śledztwa nie może opuścić domu, okręty i stacje podwodne, neurotyczna lokatorka, niewidzialny wróg, pudełko z zabawkami) to jednak jest to przypadek. Nie przypadkiem natomiast obejrzałem a raczej powtórzyłem po latach Epidemię strachu (Contagion) - Stevena Soderbergha. Realizm tego filmu  w odniesieniu do dzisiejszej sytuacji na świecie skutecznie zniechęcił mnie do sięgania po inne apokaliptyczno-pandemiczne tytuły.

niedziela, 16 lutego 2020

Nieszczęsne wydarzenia

Zdjęcie własne
Relacja Arthura Gordona Pyma z Nantucket - Edgar Allan Poe. Jest taka mądrość ludowa ubrana w sentencje przez Arystotelesa, że są trzy rodzaje ludzi - żywi, martwi i tacy co wyruszyli w morze. Gęsty tekst nie rozcieńczony jakimkolwiek dialogiem w nowym tłumaczeniu Tomasza Kłoszewskiego ("relacja" w tytule zastępuje wcześniejsze "przygody" i jakby przywraca właściwy ciężar opowieści) z posłowiem Tomasza Gałązki. Pym za namową przyjaciela Augustusa dostaje się w tajemnicy na statek wielorybniczy wypływający gdzieś w odległe rejony Pacyfiku. Zanim ujawni swoją obecność na statku dochodzi na nim do niewyobrażalnych okrucieństw a ci, którzy przeżyją bunt staną w obliczu własnego szaleństwa oraz trwogi w konfrontacji z morskim żywiołem. 
Jedyna powieść Poe stylizowana na prawdziwą relację z podróży (zapis której, jak wyjaśnia przedmowa, został przywłaszczony i częściowo wcześniej opublikowany jako fikcja przez redaktora Poe) nie zdobyła uznania w czasie swojej premiery i tak naprawdę zniechęciła Edgara Allana Poe do tworzenia dłuższych form literackich. Pozostał z korzyścią dla nas, czytelników przy opowiadaniach, które są, przy całym szacunku dla powieściowego debiutu, sprawniejsze literacko. Niemniej ta jedyna powieść z czasem zaczęła żyć własnym życiem stając się inspiracją dla innych twórców i bywa wspominana jako jedno ze wspanialszych dzieł literatury amerykańskiej. Oprócz tych wspomnianych w posłowiu dzisiejsza recepcja przywołuje chociażby Terror Dana Simmonsa. Oczywiście podobieństw tych nie przywołuje sam marynistyczny sztafaż, takich opowieści jest przecież znacznie więcej, a raczej atmosfera jak z koszmarnego snu doprawiona pozornie wytłumaczalną niesamowitością a pośród tego człowiek próbujący oswoić nieznane. Owszem to co znamy jako późniejszy gotycki element twórczości Poe przeplatane jest narracją edukacyjno-naukową opisującą chociażby  geografię istniejących miejsc  i napotkaną faunę. Stając się kroniką tej wymuszonej podróży przybliża proces odkrywania lądów mniej lub bardziej znanych zwykłemu czytelnikowi. Te mniej znane lub jeszcze nieodkryte Poe wypełnia naiwnym mistycyzmem i grozą mającymi potęgować wrażenia ówczesnego odbiorcy. Całość drukowana była w gazetowych odcinkach, jak się wydaje po błędach w ciągłości fabularnej, pisanych na bieżąco a zakończenie pozostaje niespodziewanie urwane i otwarte na dalsze spekulacje. 

poniedziałek, 10 lutego 2020

Refleksy #34

Mistrzowie - Javier Gutierrez. Przesympatyczny hiszpański komediodramat o trenerze skazanym na szkolenie drużyny niepełnosprawnych (naturszczycy). Uciekając od pretensjonalności i politycznej poprawności, bawi i uczy.
Monument - Jagoda Szelc. W swoim drugim filmie pomaga, skutecznie, obronić dyplom biorącym w nim udział młodym adeptom sztuki aktorskiej. Obraz nie ma jednak tej sił co jej debiut, Wieża. Jasny dzień. Może przez to, że zaczyna się w miejscu, w którym tamten się kończył, co zbyt szybko staje się widoczne. Nieważne, film przykuwa uwagę i świadczy o dużym talencie reżyserki. Myślę, że kogoś z dyplomantów/-tek również jeszcze zobaczymy.
X-Men. Mroczna Phoenix -Simon Kiknberg. Zaskakująco spójne fabularnie, chociaż, nie ukrywajmy, brak Wolverina w tej serii bywa odczuwalny.
Fuga - dyskutowano swego czasu o znaczeniu takiego tytułu powieści Wita Szostaka. Tutaj podobnie możemy odkrywać znaczenia tego terminu. Dla mnie pozostanie tą chwilą w której znaleźli się bohaterowie, krótko zjednoczeni w rodzinę. Historia kobiety, która zaginęła i straciła pamięć a po dwóch latach, trochę wbrew sobie, zostaje przywrócona do odgrywanych wcześniej ról. Aktorsko dobrze zagrane przez parę Gabriela Muskała -  Łukasz Simlat.
Doktor Sleep - Mike Flanagan. O ile film nawet się broni jako kontynuacja Lśnienia Kinga to pokazuje jednocześnie jak boleśnie różni się od Lśnienia Kubricka.
Le Mans'66 (Ford vs. Ferrari) - James Mangold. O tym jak Ford chciał utrzeć nosa Ferrari i wygrać 24 godzinny wyścig w Le Mans. Popis dwóch facetów - Matta Damona i Christiana Bale'a. Szybcy i wściekli, wersja dla dorosłych.
Jojo Rabbit - Taika Waititi. Film ten mógł nakręcić jakiś młody, zdolny Niemiec o lekko brzmiącym nazwisku, na przykład Schmetterling. Na całe szczęście jest to film gościa z Nowej Zelandii, którego imię i nazwisko kojarzy się z surfowaniem na Hawajach. I chyba tylko dlatego forma i treść nie są irytujące. Oprócz popełnienia tego filmu zagrał w nim Adolfa Hitlera, wyimaginowanego przyjaciela tytułowego dzieciaka, zindoktrynowanego niemieckim narodowym socjalizmem młodego nazisty, który odkrywa, że w jego domu ukrywa się Żydówka. Jak ta historia się skończyła, wszyscy wiemy ale jest parę zaskoczeń.
Nieoszlifowane diamenty - bracia Safdie. Adam Sandler, wcale nie tak odległy od swoich dotychczasowych ról, rewelacyjnie za to wyreżyserowany, gra powiedzmy "jubilera", handlarza biżuterią, nieortodoksyjnego Żyda uwikłanego w skomplikowane relacje uczuciowe i biznesowe. Nieustanne lawirowanie między wierzycielami i uzależnienie od hazardu stają się próbą oszukania fatum. Nerwowy rytm filmu wygląda i brzmi jak puls Nowego Jorku, angażuje i trzyma nas za gardło.
Za nami świetna Watacha, która w trzecim, ostatnim sezonie zgrabnie domyka wcześniejsze wątki a przed nami finałowy sezon Homeland. Oby się działo. Ponadto: Drakula - netflixowa produkcja od twórców Sherlocka (Gatiss&Mofat) próbuje się w charakterystyczny dla niego sposób oderwać od legendy oryginału. Momentami się to nawet udaje. Najlepszy robi się w trzecim odcinku ale wtedy się kończy.  Outsider - bardzo udana ekranizacja powieści Kinga, w oglądaniu której nie przeszkadza nawet znajomość książki. Strefa mroku - nowa wersja popularnego serialu w narracji Jordana Peele'a uwspółcześnia jedynie trochę te staromodne historie. Nowy papież - Tytuł "Dwóch papieży" był już zajęty. Dramatis personae uzupełnia Malkovich, grający jak nigdy. Uczta dla ducha, ciała na ołtarzu. Sorrentino powinien dostać honorowe obywatelstwo Watykanu i jakąś tajną ale ważną nagrodę od Kościoła katolickiego. Za rzucenie koła ratunkowego w najbardziej oczekiwanej chwili.
Rojst - nieobejrzany przeze mnie do teraz serial-sierota po Showmaxie, mea culpa, na szczęście adoptował netflix. Świetna realizacja i duet Seweryn-Ogrodnik nie pozwalają oderwać się od ekranu. PRL noir, zagadkę śmierci prominentnego aparatczyka i prostytutki rozwiązują dziennikarze lokalnego Kuriera. Ładnie odmalowane realia epoki nie tak dawno minionej, muzyka i aktorzy w rolach drugoplanowych. Klimatem i zdjęciami przypomina Nieświadomych, niedawną czeską produkcję dla HBO. Jeszcze Babilon Berlin, który będzie moim odnośnikiem do przyszłych ekranizacji prozy Szczepana Twardocha.

Oskary już za nami i bez większych zaskoczeń. Parasite pozamiatał, mógłby oddać chociaż jedną figurkę Bożemu Ciału. Joaquin Phoenix the best, Brad Pitt i Laura Dern, mając na uwadze ich dorobek, dostali w sumie nagrody pocieszenia, 1917 i Le Mans'66 jedynie z nagrodami technicznymi.Taki rok.

sobota, 25 stycznia 2020

Suplement

Plakat filmowy. Zdjęcie własne
1917 - Sam Mendes. To doskonałe uzupełnienie wcześniej opisanych filmów ale przede wszystkim dzieło autonomiczne o silnej antywojennej wymowie, pokazujące dramat wojny, pomimo konkretnych ram czasu i miejsca, jakby w oderwaniu od historii. Uniwersalizując opowieść o piekle wojny, jej szaleństwie Mendes prowadzi nas przez okopy IWŚ ale to mogłyby być pola bitewne jakiejkolwiek wojny. Fabuła jest wręcz pretekstowa - dwóch młodych żołnierzy otrzymuje rozkaz dotarcia do odciętego batalionu by zapobiec pułapce jaką szykuje wróg. Nieco questowo brniemy z nimi przez pole bitwy, transzeje, leje po bombach, zapadając się w błocie i zabitych ale również przez opuszczone sady i pola w wiosennym rozkwicie. Całość nakręcona jak jedno ujęcie przypomina filmy Alejandro Gonzáleza Iñárritu ( Birdman, Zjawa) i jest wizualnie zjawiskowa. Napięcie podkreśla znakomita muzyka Thomasa Newmana i gra młodych aktorów. 1917 jest w dobrej wierze ale trochę błędnie porównywany do Szeregowca Ryana. To raczej krajobraz po bitwie niż pełny batalistyki obraz Spielberga. Jedyna batalistyczna scena angażująca tłum statystów pojawia się pod koniec filmu i staje się jedynie tłem, polem walki, które musi przeciąć główny bohater. Przez większość czasu żołnierze w swojej masie to postaci czekające (w okopach, lesie, ruinach) na swoje przeznaczenie Tą kameralnością, skupieniem na żołnierzu, przypomina bardziej niedawną Dunkierkę. Podobnie jak u Nolana znani aktorzy graja epizody co tworzy świetny efekt naturalności. Czy to film roku? Na razie zdobywa silne nagrody i wyróżnienia. Z pewnością wpływ na to ma techniczna maestria obrazu, pacyfistyczne przesłanie w czasach napięć, które mogą mieć wpływ na globalne bezpieczeństwo a także odwołanie się przez reżysera do rodzinnej biografii dziadka, uczestnika i świadka tej wojny. Na marginesie pozostają pytania dlaczego twórcy tak rzadko, w porównaniu do IIWŚ, sięgają do historii Wielkiej Wojny i dlaczego ostatnie o niej filmy to jedynie brytyjskie spojrzenie.

wtorek, 7 stycznia 2020

Casus belli

Nigdy się nie śmieję z toastu "za pokój na świecie", czasami sam go szczerze wznoszę wierząc, że wojna jaką znam z literatury, filmów a współcześnie co najwyżej z przekazów medialnych relacjonujących lokalne konflikty, nigdy nie stanie się moim, mojego świata doświadczeniem.
Pierwsza wojna światowa zwana w Europie Zachodniej jako Wielka Wojna jest raczej nieobecna w polskiej martyrologii. Jej zakończenie 11 listopada 1918 r. kojarzy się głównie z odzyskaniem przez nasz kraj niepodległości, długotrwale utraconej państwowości i narodzinami legendy dwudziestolecia  międzywojennego. We Francji to wręcz traumatyczny okres historii, czas utraconego pokolenia, przetrącenia społecznego i kulturowego kręgosłupa. W Paryżu wielkie wrażenie wywiera mur cmentarza Pere Lachaise, który od strony ulicy jest tak naprawdę długą na kilkaset metrów tablicą upamiętniająca ofiary tej wojny.
zdjęcie własne
W kontekście niespodziewanego zdobycia Złotego Globu przez 1917 w reż. Sama Mendesa (w kategorii najlepszy film dramatyczny gdyż zastosowano sprytny zabieg wyłaniając drugi najlepszy film, tym razem w kategorii komedia - Dawno temu w Hollywood , Quentina Tarantino), niespodziewanego gdyż film do szerokiego rozpowszechniania trafia dopiero w co rozpoczętym 2020 roku (u nas pod koniec miesiąca) a przez to niemożliwości jego oceny, przygotowując się na seans warto obejrzeć:


plakat  filmowy
I młodzi pozostaną - Peter Jackson. Świetnie zrealizowany pod względem technicznym (dźwięk, montaż, kolor) fabularyzowany dokument oparty na świadectwie brytyjskich uczestników walk w Europie. Jackson korzystając z filmów z epoki dokonał ich montażu pokazując kolejno drogę brytyjskiego żołnierza od poboru, szkolenia przez walkę na śmierć i życie aż po koniec wojny i powrót do domu. Do głosów opowiadających swoja historię żołnierzy dodał dźwięki doskonale zsynchronizowane, zgodne z obrazem. Ten początkowo biało czarny w momencie jak trafiamy z rekrutami na front zamienia się w film kolorowy, momentami przypominając współczesną wojenną produkcję. Swoista dolina niesamowitości.



plakat filmowy


Kres drogi - Saul Dibb. Równie wstrząsająca aczkolwiek fabularna opowieść o wojennej rzeczywistości gdzie cały dramatyzm wynika z tego, że pozostajemy wraz z jej bohaterami w okopach. Ta wojna pozycyjna przynosi prawdziwą grozę, odziera wojnę z jej fotogeniczności i traktowania jej jako przygody. Przekonująco zagrany z trafnie dobranymi aktorami, przejmujący szczególnie, że opowiada o kilku dniach ostatnich miesięcy wojny, zwykłych ludzi skazanych na wojnę.

niedziela, 29 grudnia 2019

Refleksy #33

Maria, królowa Szkotów - Josie Rourke. W cieniu Faworyty ale nie na całkiem straconej pozycji. Scenariusz momentami chaotyczny, ufający zbyt bardzo w znajomość historii u widza. Rewelacyjne we współczesnych odniesieniach, krążące wokół brexitu i możliwej secesji Szkocji, opowieść o lojalności, nie tylko rodzinnej. Popis Saoirse Ronan i Margot Robbie.
Eskorta - Peter Berg. Mark Wahlberg jako agent CIA przewożący ważnego informatora. W oryginale Mile 22 to dystans, który musi pokonać przez miasto do lotniska co nie będzie oczywiście łatwym zadaniem. Już było ale ogląda się dobrze.
Irlandczyk - Martin Scorsese wraca z chłopcami z ferajny a zdania co do tego powrotu są podzielone. Historia "szorstkiej przyjaźni"  cyngla mafii Franka Sheerana z Jimmim Hoffą to nostalgiczna podróż do świata, którego już nie ma od dwóch dekad. Świat ten skończył się przecież wraz z premierą Rodziny Soprano.
To. Rozdział 2 - Andy Muschietti. Podzielenie opowieści Kinga na dwa filmy z roczną przerwą między nimi, mając na uwadze dorastanie jej bohaterów, tylko pozornie miało sens. O ile jeszcze lęk dzieciaków przed klaunem wzruszał, trauma dorosłych już bohaterów tylko irytuje. Męcząco długi rozdział.
Alita: Battle Angel - Robert Rodriguez. Aktorsko-animowana produkcja ma w sobie taką fabularną lekkość, której zabrakło Playerowi One (jednak to nie tak różne od siebie historie).
Źle się dzieje w El Royale - Drew Goddard. Grupa przypadkowych osób spotyka się w hotelu na granicy dwóch stanów. Klimatyczne kino przypomina nieco Tożsamość, Jamesa Mangolda z 2003 r.
Nazywam się Cukinia - Claude Barras. Daleka od naiwności, interesująca animacja - tak pod względem technicznym jak i fabularnym - szwajcarski kandydat do Oscara w 2017 r. Mądrze pokazująca dzieci w nietypowym dla nich środowisku - domu dziecka. Happy end jest dla nich, cała reszta dla nas.
Dwóch papieży - Fernando Meirelles. Ciepły film o spotkaniu papieża Benedykta XVI z kardynałem Borgoglio czyli jego następcą, przyszłym papieżem Franciszkiem. W nieco teatralnej konwencji (całość praktycznie opiera się na rozmowie między nimi) poruszamy kwestię jakości i przyszłości Kościoła, jego grzechów i zaniechań i przede wszystkim odpowiedzialności za niego. Koniecznie powinni go poznać przyszli duszpasterze. W rolach tytułowych Anthony Hopkins i Jonathan Pryce. 
Historia małżeńska - Noah Baumbach. Scarlett Johanson oraz Adam Driver jako robiące karierę artystyczne małżeństwo w chwili rozpadu, poprzez syna rozdarte miedzy Nowym Jorkiem a Los Angeles, zawierzające swój los prawnikom nie znającym słowa kompromis i nie stosujących mediacji. Baumbach to filmowe dziecko Woody Allena co widać, słychać i czuć.
Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie - J.J. Abrams. Chciałoby się powiedzieć uff, w końcu, nareszcie. W symptomatycznym dla chaosu naszych czasów stylu, kończy się saga rozpoczęta cztery dekady temu. Kawał czasu. Co prawda pozostają jeszcze różne Łotry,  Solo odpryski i Mandoliniarze ale przez krótką chwilę po seansie miałem nadzieję, że ostatecznie opuściliśmy już tak dobrze poznaną galaktykę z jej nieśmiertelnym leitmotivem "A long time ago, in a galaxy far, far away". Co jest martwe niech pozostanie martwe. Ale przecież wiemy, że kasa się musi zgadzać i Moc przez następne dekady pozostanie z nami a choćby i przeciw nam.
Wiedźmin - a sprawa polska, chciałoby sie dodać. Od dawna nic tak nie poruszyło internetu jak netflixowa ekranizacja prozy Andrzeja Sapkowskiego. No to obejrzałem. Nie czuję się zdruzgotany, obejrzałem wszystko z dubbingiem ciesząc się z polskiego głosu Geralta. Słowa "Grosza daj Wiedźminowi, sakiewką potrząśnij" Netflix powinien przyjąć jako kierowaną do niego uwagę gdyż bez budżetu ten serial zacznie przypominać nasz oryginał z 2001 r. Ogólnie podobało mi się tak jak Sezon burz, z powieści której szczerze się cieszyłem*. Mam nadzieję, że sukces Wiedźmina uszczęśliwi na tyle Andrzeja Sapkowskiego, że przestanie pozować na Salingera i odkurzy co nieco.

* Sezon burz -  Andrzej Sapkowski. Wcale nie uważam, że Metallica skończyła się na Kill’Em All. Zauważając w sieci wielkie poruszenie faktem oczekiwanej przez wielu, aczkolwiek niespodziewanej, rezurekcji Geralta z Rivii, skuszony rozbieżnymi ocenami jego najnowszych przygód i kondycji twórczej barda AS-em zwanego i ja sięgnąłem po tom tej historii. Aczkolwiek fantasy obecnie, także młokosem będąc, nie chłonę, uważając ten rodzaj fantazjowania jedynie za krotochwilną rozrywkę, ucieszyłem się z powrotu introwertycznego bohatera. Boć on nasz. Jedyny, markowy, rozpoznawalny niczym Lem (pisarz nie satelita) w świecie, szczególnie wirtualnym, gdzie na szczęście przysłonił nieszczęsną fabularyzację,  choć nie wyzwolił z bielactwa aktora go odgrywającego. To nasz X-men  i każdy inny man chcący być super. Popkulturowo kosmopolityczny ale i swojski -  ludową chytrością, wieszczą prekognicją i społecznym nihilizmem.  To zmutowany w jedno Janosik i Mały Rycerz,  to Bourne po Hogwarcie i średniowieczny Bond. Tak naprawdę to on zabił Wilka i uratował Czerwonego Kapturka i jej Babcię. Przestając już opowiadać głupstwa, w konkluzji do świetnej lektury muszę ze smutkiem stwierdzić - będę tęsknił. Chociaż co do tego nie panuje powszechny konsensus –  powrót Wiedźmina uważam za spektakularny i podziwu godny*. I mam śmiałość być przekonanym, że spisujący wiedźmińskie aventury miał taką samą zabawę jak ja, czytając. Pomimo grubych ściegiem szwów (czasami się brzydko rozłażących) oraz błyskom i grzmotom burz rozdzielających tę mozaikę przygód. Czas oczekiwać więcej wierząc, że AS w szufladach ukrywa niejedno. Va’esse deireadh aep eigean, va’esse eigh faidh’ar,  po ludzku - show must go on.
*Jak na fantasy zadziwiająco wiele w Sezonie burz znajdujemy science. Magii tu bliżej fizyce i chemii praktycznej a w idei transhumanizmu zbliżył się autor wręcz do zarysu  biotechnologii nad którym zadumać mógłby się Jacek Dukaj. I to ekstraordynaryjne językowe pomieszanie nowoczesności z tym co nowoczesnym już nie jest.

sobota, 14 grudnia 2019

Czarno-białe i w kolorze

Plakat filmowy. Materiał reklamowy
High Life - Claire Denis. Egzystencjalne sf, owoc współpracy wielu podmiotów (duży wkład tych z Polski) jako przykład kina spoza głównego nurtu z wyrazistą i konsekwentną fabułą, której leniwe tempo i narracyjne skoki, determinują niesprawiedliwie niskie notowania w filmowych oceniarkach. Rozleniwieni wakacyjnymi blockbusterami, kolorowym kinem komiksowych herosów i  kolejnymi inkarnacjami Gwiezdnych wojen, w takich filmach jak Interstellar czy Ad Astra szukamy niezbędnej równowagi dla tradycji kina fantastyczno-naukowego widząc w nich nowe Solaris czy Odyseję kosmiczną. Claire Denis nie zostanie nowym Kubrickiem czy Tarkowskim ale opowiadana przez nią historia jest co najmniej intrygująca, niebanalna i po złożeniu rozsypanych elementów wracająca do elementarnych dla sf pytań. Pytań o kondycję człowieka, jego przyszłość i ewolucję jego świata, etykę i moralność korporacyjną i jednostki. W humanistycznym rozumieniu ludzkiej niedoskonałości dostrzega wręcz religijny aspekt poświęcenia i odkupienia. Nie unika przy tym szczerych, brutalnych scen atakujących nasze zmysły, epatowania seksualną drapieżnością żyjących w zamknięciu ludzi, przymusowej wręcz prokreacji, która ma być naszym zbawieniem. Ilustrując niewyczerpaną ilość wariantów dylematu wagonika. Oto grupka młodych osób, które na Ziemi popełnili kryminalnej natury występki, bardziej nieprzystosowani socjalnie niż z natury źli, w zamian za uwolnienie się od kary podejmują się zadania tylko trochę od tej kary innego. Misja jest z rodzaju tych straceńczych, dostają bilet tylko w jedną stronę. Mają udać się w niezbadaną część wszechświata by uprawdopodobnić możliwości korzystania z energii czarnej dziury. Stabilność grupy podtrzymywana farmakologicznie wyczerpuje się, system automatycznego podtrzymywania życia domaga się ofiar, Ziemia staje się coraz odleglejsza nie tylko w przestrzeni ale przede wszystkim w czasie, ludzkość skurczyła się być może do ich delegacji a przed nią horyzont zdarzeń, osobliwość, może koniec a może czegoś początek. To podróż do kresu ale i do źródła. Imponująca jest mimo wszystkich wad tego filmu, gatunkowa biegłość z jaką ponad siedemdziesięcioletnia reżyserka, nie mająca wcześniej do czynienia z fabułami sf, zbudowała swój film. Do tego w sposób analogowy, bez wszechmogącego dzisiaj CGI, z polorem vintage, w rekwizytach wprost staromodny. Zaskakująco również uciekający od nachalnego feminizmu, który wydawał się w pewnym momencie jedyną konkluzją. Na dobrym aktorskim poziomie, żeby wskazać emanującą kobiecością Juliett Binoche oraz kończącego swój pobyt w aktorskim czyśćcu Roberta Pattinsona. Jestem przekonany, że to film na poziomie co najmniej Sunshine, Danny'ego Boyla z 2007 r. dlatego nie rozumiem jego niskich ocen. Może czas to zmieni.
Plakat filmowy. Zdjęcie własne

Lighthouse - Robert Eggers. Już Sienkiewicz zauważył, że praca latarnika jest pracą odpowiedzialną, wręcz służbą,  ale w gruncie rzeczy żmudną i usypiająco powtarzalną. Pełniona samotnie rodzi wręcz śmiertelne konsekwencje. Być może dlatego u Eggersa wykonują ją dwie osoby. Doświadczonemu latarnikowi Tomowi Wake (Willem Dafoe) towarzyszy młody pomocnik Ephraim Winslow (Robert Pattinson). Latarnia znajduje się gdzieś z dala od brzegu, na niegościnnej skalistej wysepce. Ich wachta ma trwać cztery tygodnie a czas spędzony razem stać się ma próba ich charakterów. Winslow, jak to pomocnik, odpowiada za najcięższe fizycznie prace gdy Wake jedynie pełni nocne dyżury przy świetle latarni i prowadzi swój dziennik. Relacje między nimi to układ master&servant. Młody chociaż podporządkował się staremu zazdrości mu jego zadania i żyje w przekonaniu o tajemniczych relacjach łączących go z latarnią. Nawiedzają go męczące sny, które pomaga przetrwać śniona syrena. Kulminacją i zwieńczeniem ich pracy staje się wypity, w końcu razem, alkohol. Od tej pory dzieją się rzeczy dramatyczne, odrealnione, przypominające w swoim przebiegu starcie dwóch przeciwstawnych idei, postaw, starcie którego finał może wykraczać poza skalista wysepkę. Z treścią ściśle związana jest forma. Film Eggersa, czarno-biały obraz w formacie 4:3, sceny rozgrywane w półcieniach, niepokojące, harmonizujące z obrazem dźwięki, przypomina stare ekspresjonistyczne kino, przywołując chociażby Nosferatu - symfonię grozy, F.W. Murnau. Podobną symfonię, funduje nam, widzom reżyser nie szczędząc rozwiązań znanych z horroru czy kina suspensu. Chociaż w podstawowej warstwie film jest śmieszno-straszna opowieścią o mistrzu i czeladniku, doprowadzonej do obłędu rywalizacji w ich męskim świecie, to jego znaczeń możemy dekodować więcej. To jednocześnie opowieść o ojcu i synu, źródłem której są zarówno mitologia z mitem prometejskim jak i religie judeo-chrześcijańskie z Bogiem-Ojcem i jego Synem człowieczym. To może być również inny wariant opowieści o Skawińskim, naszym latarniku a więc opowieść o stoczonej z własną samotnością walce. Odegrane to zostało znakomicie.