niedziela, 11 marca 2018

Trylogiodyci

zdjęcie własne
SIENKIEWICZ SUPERSTAR (czyli zupełnie spóźniona anegdota biograficzna na chwalebną okazję stulecia odzyskania niepodległości) - spektakl Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, w reż. Anety Groszyńskiej. Z dorobkiem Henryka Sienkiewicza jest trochę jak z nauczaniem Jana Pawła II. Wszyscy się na nie powołują ale mało kto czyta. Dwaj wielcy Polacy, Polsce potrzebni jak tlen. Zawsze byłem zaimpregnowany na Sienkiewicza i Trylogię znam jedynie z ekranizacji. Quo Vadis nawet nie z filmu. Podobali mi się Krzyżacy i idealnie w swój czas trafiło do mnie W pustyni i w puszczy, zaspakajając moją dziecięcą potrzebę przygody. Pozostały jeszcze szkolno-lekturowe nowele z Jankiem Muzykantem i Latarnikiem na czele, za które również nie pokochałem Pana Sienkiewicza, chociaż niezmiernie żal mi było tytułowych ich bohaterów. Jechałem więc z myślą, że wałbrzyski spektakl obnaży całą prawdę o Wielkim Pisarzu i zdekonspiruje go jako, co najmniej, Wielkiego Mitomana. Tak po ludzku, że dostanie kulturalne bęcki. Okazała się, że nie a prawda, chociaż skomplikowana, jak zwykle leży tam gdzie leży. Mój sceptycyzm został spacyfikowany tym rewelacyjnym przedstawieniem, nabrałem zrozumienia dla mitotwórstwa Trylogii, jej krzepiącej zniewolonych Polaków roli i tego jak zakrzepła po dzisiejsze czasy. Ale, i chcę w to wierzyć, całkowicie i bałwochwalczo oddany miłośnik pisarza wyjdzie bardziej krytyczny i podejrzliwy wobec tej ukochanej twórczości. A patriota się zaduma i przy rasowej anegdocie o wielkiej białej polskiej się zaśmieje.
Ta sceniczna  "biografia człowieka, który podarował Polakom historię i historia problemu, jaki z tego wyniknął" próbuje odpowiedzieć na pytanie "czy jest możliwa historia poza Sienkiewiczem? Historia, z której nadal bylibyśmy dumni?" Odpowiedzi próbują udzielić Pan Prezydent z Pierwszą Damą (Kosela i Sierakowska) prowadzący z Pałacu  Narodowe Czytania Sienkiewicza (oczywiście wyjątków z Trylogii, bo szum husarskich skrzydeł nas najbardziej uspokaja). Pomagają im duchy, samego Noblisty (Perkowski) i jego żony Marii (Łaganowska) oraz ówczesnego adwersarza, Legendy Młodej Polski, Stanisława Brzozowskiego (Kosowski). Mamy również Jerzego Hoffmana, który jakby wbrew swoim marzeniom zakonserwował na taśmie filmowej to co najbardziej widowiskowe i charakterystyczne u pisarza. Jak wyrzut sumienia i gorzki leitmotiv po scenie snuje się Janko Muzykant (Celler-Jezierska) zamiennie grający ukraińską sprzątaczkę/Bohuna. Dzięki scenicznej magii tych zwielokrotnionych postaci jest oczywiście więcej - Sienkiewicz gra Hoffmanem niczym swoim alter ego, pojawi się przecież naturalista Emil Zola/minister/ksiądz/tułacz (Mokrzycki). Brzozowski to także potrójny Olbrychski, wzbudzający aplauz widowni kwestiami z filmowej Trylogii (co potwierdza naszą miłość do tego co znamy).
Czy zadane pytania doczekały się odpowiedzi? Anecie Goroszyńskiej, zasługa to oczywista tekstu Jana Czaplińskiego, udała się ta sztuka doskonale. Poruszamy się przez wyobrażone Rzeczypospolite począwszy od tej z Trylogii, przez ziemie Zaborów, powstania i wojnę po współczesne marsze niepodległościowe. Uchwyciła patriotyzm in statu nascendi nie tylko ten kojarzący się dzisiaj z patriotyczną koszulką i z racą w ręku. To także głos o roli literatury i sztuce jej odbioru. I kobietach w tych światach. Wszechstronnie demitologizując postać Henryka Sienkiewicza udało się jednocześnie nie zrzucić go z cokołu. Chyba nawet się nie zachwiał.
Jestem pewny, że uśmiechał się do nas stamtąd gdzie jest albo musi być.

Brawa dla całego zespołu aktorskiego: Sary Celler-Jezierskiej, Ireny Sierakowskiej, Joanny Łaganowskiej, Michała Kosela, Rafała Kosowskiego, Piotra Mokrzyckiego, Filipa Perkowskiego. I osób odpowiedzialnych za spektakl - Anety Goroszyńskiej, Jana Czaplińskiego oraz Tomasza Walesiaka - scenografia, kostiumy, światło, Jerzego Rogiewicza - muzyka, Mikołaja Karczewskiego - ruch sceniczny. Także dla przemiłej obsługi Teatru.

PS Wałbrzych w swojej śródmiejskiej, zrewitalizowanej części, pusty i smutny. Nie tłumaczy tego późnozimowa aura, bo sobota była ciepła. Pusty bo chyba wszystkich mieszkańców spotkaliśmy w CH Victoria. W końcu dzisiaj wolna od handlu niedziela. Smutny bo oprócz Urzędów reszta jest na sprzedaż lub do wynajęcia. Ale Teatr doskonały.

czwartek, 8 marca 2018

To wspaniałe stulecie

Trudno podejrzewać Jarosława Kaczyńskiego, że jego polityka to rodzaj finty wewnątrz finty w fincie i poprzez wywoływanie określonych kryzysów jej celem jest historyczne i społeczne edukowanie i wyrobienie naszego społeczeństwa. Jego, jakby to nie brzmiało, wzmożenie. Że dzięki tym kryzysom przypomniał narodowi jego nacjonalizm, antysemityzm, latencje lat socjalizmu i zmarnowane szanse Solidarności, rewolucyjną chciwość i mściwość. I kolejne w nim miesiące, marzec, październik i grudzień a przy nich czerwiec i listopad, wszystkie krzyczące wolnością, najbardziej polskie w kalendarzu. Że przypomniał jego grzechy i teraz od narodu zależy, którą drogą pójdziemy. Czy wykażemy się jako naród z powiedzenia przypisywanego Piłsudskiemu czy jako społeczeństwo obywatelskie i odpowiedzialnie zróżnicowane. Kulminacją czego ma być rok 2018, rok stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, rok być może najważniejszy dla zmiany ustrojowej państwa. Być może najważniejszy dla potwierdzenia naszego miejsca w Europie, na świecie. Naszej samorządności. Trudno mi o to wszystko podejrzewać jednego człowieka. Trudno mi w to uwierzyć i nie wierzę chociaż mam nadzieję, że to się właśnie niezależnie od niego dzieje. 
Z drugiej strony zapowiadane tak hucznie obchody jubileuszu 100 lecia odzyskania niepodległości (na razie tego nie widać) ze stulecia tego wykreślają całe dekady istnienia Polski, co najmniej wskazując na jej podległość. Taki paradoks. To jak "since" w znakach firmowych, "istnieje od", czasami trudno nam uwierzyć, że ten batonik albo napój już tyle lat jest na rynku razem z nami. To tylko forma autopromocji, nieszkodliwie czerpiąca z dumy i wzmacniająca zaufanie do marki.
Lubimy zapatrywać się w inne narody. Oprócz słynnej już drugiej Japonii, mieliśmy być przecież drugą Irlandią. Podejrzewam nawet, że wchodząc do UE byliśmy pewni, że to tak naprawdę Stany Zjednoczone. Ostatnio zauroczyły nas Węgry, przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy jak dwa bratanki. Miłość ta ostatnio przygasła ale na horyzoncie pojawił się nowy amant. Turcja, a Orbana politycznie przebija Erdogan. To podobny fenomen do węgierskiego czy gruzińskiego. Więcej nas dzieli niż łączy ale to co łączy jest silniejsze. I wcale nie mówię o sentymencie do Balatonu, tureckich seriali czy gruzińskiego alkoholu. Orhan Pamuk, Turek przecież,  w jednym z wywiadów  gorzko ocenia swój kraj - "Nie jesteśmy już ani trochę demokracją europejską. Jesteśmy „demokracją wyborczą”, gdzie zwycięzca może robić, co tylko chce, a szacunek dla wolności słowa jest w zaniku. Sędziowie są również kontrolowani przez rząd. No, i mamy nową konstytucję, która została napisana w taki sposób, że bez względu na to, kto wygra wybory i przejmie władzę, będzie musiał postępować jak autokrata".
Może Polskę to czeka. Może Polska, która jest kobietą, na to nie pozwoli.

piątek, 2 marca 2018

Refleksy #15

K2. Dotknąć nieba - Eliza Kubarska. Dokument HBO szczególnie aktualny z punktu widzenia tegorocznych, zimowych wypraw na Nanga Parbat czy K2. Refleksje dzieci, dziś już dorosłych, wspinaczy, którzy zginęli na K2 w 1986 roku. Jak po latach oceniają śmiertelną pasję swoich rodziców, tą miłość z którą przegrało ich dzieciństwo. Wszystko to opowiedziane w drodze do miejsca ich śmierci, jak powiedziała jedna z uczestniczek, miejsca dla niej tak obcego jak zimny kosmos. Poruszające i co ważniejsze, szczere.
Florida Project - Sean Baker. W czasie deszczu dzieci nie zawsze się nudzą. Po słodkiej Mandarynce, Baker zafundował nam tym razem bardzo gorzki projekt. Orlando na Florydzie znane jest głównie z Parku Rozrywki Disneya. W jego sąsiedztwie rozgrywa się historia grupki dzieciaków i ich opiekunów, zamieszkujących fioletowy hotelowiec przeznaczony raczej dla niezamożnej klienteli (Willem Dafoe jako dobry duch, zarządca tego obiektu). Główną bohaterką jest Halley i jej kilkuletnia córeczka Moonee, zaprzyjaźniona z kilkorgiem dzieci. Najciekawsze jest właśnie pokazanie dzieci, które często pozostawione same sobie układają swój własny świat, relacje a co ważniejsze są jeszcze daleko od smutnego życia ich rodziców. W emocjach podobne do Bestii z południowych krain - Benh Zeithlin
Do tych obskurnych moteli powracam jeszcze raz za sprawą:
American Honey - Andrea Arnold. Reżyserka znany mi z Fish Tank znowu obserwuje nastoletni świat, przy okazji dając nam okazję pojeździć trochę po juesej. Obserwujemy grupę młodych ludzi, którzy włócząc się po kraju zarabiają akwizycją. Ich działanie, czasami na granicy prawa, polega na sprzedawaniu prenumerat różnych czasopism ludziom niekoniecznie ich potrzebującym. Ci piękni, nastoletni, podróżujący vanem, niczym  cygański tabor lub cyrkowa trupa, współcześni nomadzi żyjący dniem dzisiejszym, ciesząc się swoją młodością, z wiarą i lękiem czekają na jutro. Naturalnie to zagrane, ładnie sfotografowane, dobre muzycznie więc można wybaczyć, że trochę za długie.
Kształt wody - Guillermo del Toro. Niezrozumiałe dla mnie wysokie szanse Oskarowe. Gdyby nie kilka scen, jawnie seksualnych lub zbyt naturalistycznych, byłby idealnym filmem dla dzieci. Uczyłby wrażliwości i szacunku dla odmienności. Jego głębokie humanistyczne przesłanie, czerpiące z bajek, lęków i cudzych filmów*, raczej nie ma szans nauczyć tego dorosłego. Obawiam się, po Crimson Peak już drugi raz, że del Toro chce być bardziej swoich filmów widzem niż scenarzystą, reżyserem i zapomina o reszcie widowni. Chyba, że jak mówi jeden z bohaterów filmu, urodził się za wcześnie lub za późno. Obstawiam to drugie. 
Lady Bird - Greta Gerwig. Film dziewczyński, który momentami spogląda jednak na chłopaków. Główna bohaterka przedstawiająca się jako Lady Bird po skończeniu edukacji w katolickiej szkole chce wyrwać się z Kalifornii i kontynuować naukę w Nowym Jorku. Nie za bardzo stać na to jej rodziców a i ona do najzdolniejszych nie należy. Wydawałoby się, że zwyczajna Krysia tyle, że jest silnie zdeterminowaną i samodzielną panną, która nie czeka na to co życie jej zaoferuje. Naturalnie zagrany scenariusz i lekkość z jaką film jest prowadzony pozwala patrzeć na niego z sympatią. Jedyna reżyserka wśród nominowanych przez Akademię reżyserów nakazuje być czujnym. 
Ja, Tonya - Craig Gillespie. Sportowe Fargo, tyle, że bez trupów, Ostrza chwały na serio. Pamiętam tę historię z newsów i artykułów. Utytułowana łyżwiarka, mistrzyni USA, reprezentantka olimpijska, została oskarżona o zlecenie pobicia swojej konkurentki z lodowej tafli. Wycisnąć z tej historii aż tyle to doskonała robota. Zasługa aktorów, szczególnie świetnej Margot Robbie w roli tytułowej i Allison Janney jako jej matki. Panowie też dają z siebie wszystko. Żeby nie było. Nie wiem czy Robbie nie zasłużyła bardziej na statuetkę niż McDormand. Hmm...  Zresztą sam film zaskoczył mnie najbardziej i z dotychczas obejrzanych jest w czołówce. Szkoda, że nie dostał nominacji.
Borg  McEnroe - Janus Metz. To kolejna sportowa kartka biograficzna tym razem opowiadająca o słynnym tenisowym spotkaniu na Wimbledonie między tytułowymi sławami. Doświadczonym Szwedem Björnem Borgiem (zimny Sverrir Gudnason) i utalentowanym ale jeszcze u progu kariery Amerykaninem Johnem McEnroe (gorący Shia LaBeouf). Rok 1980 to już prawdziwa historia. Film w stylu Wyścigu Rona Howarda, bardziej przez pokazanie pojedynku dwóch  indywidualności i oddania ducha sportowej rywalizacji niż dynamiki pokazywanych wydarzeń. Oglądając zmęczyłem się co wcale nie musi być jego zaletą.     
McImperium - John Lee Hancock. Jak hartował się hamburger czyli kto musiał stracić by zyskać mógł ktoś. Opowiastka korporacyjna o człowieku, który w kwiecie wieku (52 lata) zapragnął nakarmić Amerykę - szybko, tanio i masowo. A teraz trzeba ten świat odchudzać. Smutna historia braci , którzy to wymyślili a których pomysł i nazwisko wykradł sprytny komiwojażer (Michael Keaton).
Captain Fantastic - Matt Ross. Dawno nie widziany Viggo Mortensen jako ekscentryczny ojciec sześciorga dzieci, które wychowuje poza systemem i wbrew przyjętym konwencjom. Czy są granice wolności czy wolność jest bezgraniczna. Czy miłość i wolność wzajemnie się ograniczają. Czy system zawsze zniewala. Czy Erich Fromm wiedział jak  żyć?** Nie jestem pewny czy Rossowi udało się udzielić odpowiedzi na te kardynalne pytania. Chyba, że przyjmiemy za takie akademickie rozważania zaczynające się zazwyczaj od - to zależy... Tylko te owce, dlaczego nie uciekają?
Mock - teatr telewizji w adaptacji Łukasza Palkowskiego. Prequel cyklu o Eberhardzie Mocku, Marka Krajewskiego. Młodego adepta sztuki policyjnej z Breslau tuż przed wybuchem Wojny Światowej, gra Szymon Warszawski, znany chociażby z Belfra a sceną zbrodni i całego przedstawienia staje się Hala Stulecia na chwilę przed otwarciem. Jak na premierową adaptację kryminałów wrocławianina, do tego w scenicznym anturażu, całkowicie znośna. Szkoda jedynie, że Krajewskiego omija kino czy też chociażby tv w postaci mięsistego serialu w stylu np. Babylon Berlin.
Homeland w sezonie siódmym, jeszcze bardziej politycznym, chociaż opowiada o rodzącej się dyktaturze, udowodni, mam nadzieję, że za mechanizmem autorytaryzmu nigdy nie stoi pojedynczy człowiek. Nawet tak potężny jak prezydent tej największej z demokracji. Star Trek Discovery jakoś tak przywiązał do siebie i pozyskał moje zaufanie. W przeciwieństwie do Altered Carbon, które gdzieś od 4 odcinka zacząłem unikać. Czekam na Jessicę Jones i Anihilację wg. VanderMeera.

* wizualnie film to taki mariaż estetyk Jean-Pierre'a Jeuneta z Bryanem Fullerem
** Mieć czy być - Myslovitz

czwartek, 1 marca 2018

Zima na północy serca

zdjęcie wydawca
Legenda o samobójstwie - David Vann. Z podziękowań na końcu tej książki wiemy, że to próba rozliczenia się autora z własnymi traumami. Rozwód rodziców i późniejsza samobójcza śmierć ojca kształtowały jego życie stąd jak przyznaje obok fikcji w jego opowieściach odnajdziemy i prawdę. Te raczej opowiadania splecione w powieść, zbudowane są z pięknych i wyrazistych zdań, podpartych kruchą pamięcią. Złączone żywiołem wody i piękna dzikiej alaskańskiej przyrody, których byt "alchemicznym sposobem zrodził się z nudy, dumy, wyobraźni i wewnętrznego przerażenia". Nostalgii i cierpienia. Dziecka przeżywającego kłótnie rodziców, ruszającego w mrok, z którego powraca wiedząc, że zostanie specem od ryb. Ze wspomnień o kobiecie, która u boku ojca zastąpiła jego matkę, i mężczyzn u boku jego matki, których nigdy "nie trzymała przy sobie zbyt długo". To również powrót już dorosłego bohatera na wyspę swojego dzieciństwa czy próba poznania dawnej kochanki ojca. A także to najdłuższe, środkowe, opowiadające o najbardziej inicjacyjnym a najmniej integrującym wyjeździe z własnym ojcem na odludną, dziką wyspę, na wyprawę życia, dosłownie. Jego "absurd czyni smutek znośniejszym". To spotkanie, do którego nie doszło, spotkania niemożliwego, które mogło ich ocalić a które autor wymyślił by móc ocalić chociaż siebie. 
Niełatwo te opowiadania poskładać w całość i pewnie nie jest to zabieg konieczny ale warty tego wysiłku. W końcu legenda oznacza coś co należy przeczytać.
To smutna książka. Mam nadzieję, że Vann odnalazł po jej napisaniu spokój i siłę potrzebną by iść naprzód.

niedziela, 25 lutego 2018

Wakacyjna miłość

liturgiczne . pl
Zanim chłodem powieje dzień - przedstawienie Teatru Modrzejewskiej w Legnicy, w reż. Pawła Kamzy. Po ubiegłorocznym Hymnie narodowym ponownie zostałem widzem legnickiego teatru.  Sztuka Pawła Kamzy również została rozegrana na niewielkiej scenie Gadzickiego gdzie praktycznie uczestniczymy fizycznie w przedstawieniu. Miejscem akcji jest jezioro położone przy jakimś niewielkim miasteczku bądź wsi gdzie w wakacyjne dni gromadzą się i starsi i młodsi. Pośrodku widowni to wyobrażone jezioro urealnione zostaje prawdziwymi drewnianymi pomostami, których nie powstydziłby się jakiś prawdziwy Jeziorak. No i jest plebania i ksiądz Maciej, energiczny, dosyć młody proboszcz parafii, którego poznajemy jako lidera sacro-rockowej grupy muzycznej angażującego w swój projekt młodzież. Jest pani Danusia, miejscowa nauczycielka, obchodząca akurat imieniny i jak zauważamy, obserwując jej zachowanie, przeżywająca właśnie swoją drugą młodość. Jest jej córka Alina i mąż Kazek lubiący piwo oraz trzpiotowata blondynka Anita. W zespole księdza Macieja udzielają się buntownicza Tola oraz Maja, która niedawno przyjechała z Londynu. Jest jeszcze matka księdza, która wolałaby widzieć syna jako lekarza a nie księdza.
Anita wychowująca córkę ma z nią pewien problem. Dziewczyna stała się od pewnego czasu zamknięta w sobie, wycofana i Anita zaczyna podejrzewać, że stało się coś złego, że przyczyną tego zła jest miejscowy ksiądz, który zawsze mając dobre i bliskie relacje z młodzieżą musiał coś zrobić Natalce. Prosi ona Alinę by ta porozmawiała z księdzem Maciejem. Za prośbą tą kryje się przekonanie, że Alina dobrze zna księdza i że sama będąc nastolatką znalazła się w "takiej sytuacji". "Takie sytuacje" to określenie Anity na molestowanie. To początek dramatu i iskra podpalająca lont nadchodzących wydarzeń.
Paweł Kamza jako zwolennik odzwierciedlania przez sztukę prawdziwego życia opowiada nam życiową historię, początkowo komediodramat, który niespodziewanie prowadzi do tragedii. Jest to opowieść wielce uniwersalna i choć możemy to wcale nie musimy jej kojarzyć z naszym krajem, aferami obyczajowym w łonie Kościoła katolickiego czy nawet akcyjnością #metoo. Wbrew oczekiwaniom ucieka od uproszczeń opowiadając w końcu niespodziewaną historię zanurzoną w młodości błądzącej po ścieżkach życiowych wyborów, w jej porywach serca, naiwności i niewinności. Krytykując zakładaną oczywistość i powierzchowność osądów pokazuje do czego mogą one prowadzić. W wymiarze społecznym ale i prywatnym.
Przedstawienie zostało bardzo dobrze zagrane, na szczególne oklaski zasługuje Joanna Gonschorek  jako Pani Danusia i sceniczne małżeństwo Aliny i Kazka czyli Magda Skiba i Bartosz Bulanda oraz Mateusz Krzyk w roli księdza. Scenariusz jest precyzyjny a dowodem tego jest to, że w czasie 75 minut opowiedziano nam przekonująco bardzo gęstą i niebanalną historię.   
   

czwartek, 22 lutego 2018

...i wiele innych



To, co najlepsze - Harlan Ellison. Wypadałoby zakrzyknąć, nareszcie! Dlaczego tyle czasu musieliśmy czekać, po części wyjaśnia w przedmowie Jerzy Rzymowski, redaktor Nowej FantastykiHarlan Ellison to przecież jeden z najważniejszych twórców literatury fantastycznej. Nadal żyjący gigant, klasyk, którego należy stawiać obok Asimova, Bradbury'ego, Clarke'a, Dicka, Le Guin, całego alfabetu najsłynniejszych pisarzy. Oprócz pojedynczych opowiadań, porozrzucanych po czasopismach lub antologiach na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, w Polsce ukazała się tylko jedna pozycja z jego twórczością. Mowa tu o autorskim zbiorze opowiadań Ptak śmierci wydanym w 2002 roku przez wyd. Solaris. Fakt, były to jedne z najlepszych opowiadań Ellisona ale było ich  t y l k o  osiem. A trzeba wiedzieć, że Harlan Ellison oprócz ponad 70 książek, wielu scenariuszy filmowych i zredagowanych zbiorów, opracowań krytycznych,  napisał 1700 opowiadań! T y s i ą c   s i e d e m s e t. Niesamowite. Niech znakomitych będzie tylko 5%, bardzo dobrych tylko 10%,  dobrych ... Kosmos niewyobrażalny.

Mam przyjemność trzymać w rękach I tom antologii oryginalnie wydanej w 2001 roku jako The Essential Ellison i stanowiących retrospektywę z okazji 50 lecia jego twórczości. To, co najlepsze, pięknie wydane przez Prószyńskiego, to solidny tom w twardej, estetycznej okładce z rysunkiem będącym wariacją na temat Człowieka witruwiańskiego, który, gdy się przyjrzymy, wcale nie musi być człowiekiem. Na blisko 700 stronach znajdziemy ponad 40 opowiadań ale i autobiograficznych impresji, pogrupowanych w dziewięciu rozdziałach, każdy w stosownej konwencji, każdy poprzedzony przedmową.
Oczywiście, że jeszcze ich nie przeczytałem, lekturę będę sobie dawkował jak dobrą nalewkę. Jestem pewny, że te opowiadania, autor je osobiście wybrał, to naprawdę to, co najlepsze.  Żałować tylko można, że na tom drugi musimy czekać do jesieni. Ale będzie, to najważniejsze. Wydawnictwo Prószyński i S-ka w ostatnich latach rozpieszczało nas wydając omnibusy Ursuli K. Le Guin, w zapowiedziach mamy kolejną pozycję tej zmarłej niedawno pisarki i po cichu liczę na omnibusa z The Unreal and the Real. Tak, to również opowiadania. To, co lubię.
Uwielbiam opowiadania, które, szczególnie w fantastyce są jej miarą. To sól i krew literatury. Ale nowelistyka wydaje się dzisiaj być w odwrocie. Ile razy słyszałem, widziałem jak ktoś markotniał dostrzegając, że książka, którą trzyma to tak naprawdę nie powieść (najlepiej kolejna w cyklu). A przecież dobre opowiadanie jest trudniejsze do napisania niż powieść. Na kilku, kilkunastu stronach autor musi stworzyć świat i uwięzić w nim czytelnika*. Musi przytrzymać go, zachwycić, wzruszyć. Spowodować, że za ileś tam lat będziemy jeszcze je pamiętać. Lub chociaż przetrwają sezon. To jak napad na bank, ograniczenie czasem, przestrzenią, liczbą bohaterów i często wątpliwym zyskiem. Ale czasami wychodzi skok stulecia.

Pozostając przy fantastyce, przy opowiadaniach, w Polsce, muszę ze smutkiem zauważyć, że nie jest najlepiej. Brak mi dzisiaj na rynku antologii nowych opowiadań, pilnowania trendu i trzymania ręki na pulsie literatury gatunkowej, dobrych redaktorów, także tych ze Świata. Z rynku zniknął almanach, Kroki w nieznane, które po reaktywacji ukazywały się przez 10 lat, prezentując to co najlepsze w światowej fantastyce. Rakietowe szlaki poprzestały na formule opowiadań klasycznych i nie wykorzystują swojej marki by prezentować dalej krótszą formę. Wydawane jest praktycznie jedno czasopismo, miesięcznik - Nowa Fantastyka i jej wydanie specjalne. Pełni rolę samotnego arbitra ale brak konkurencji może je trzymać w bańce złudnego komfortu. Z drugiej jednak strony to światowy fenomen, są na rynku nieprzerwanie od 1982 roku! Zniknęły tak wspaniale rokujące a w świecie nadal wydawane magazyny jak Asimov's czy też Fantasy&Science Fiction. Zniknęły te wszystkie the best of the year. Jak na duży kraj w Europie, pełen marzycieli, bardzo to niezrozumiałe. Owszem, Rebis wydaje w doskonałym wyborze i jakości dzieła Philipa K. Dicka, wcześniej wydał Franka Herberta i Isaaca Asimova. Wydawnictwo MAG od lat utrzymuje nieszablonową serię Uczta wyobraźni (mówiąc utrzymuje jestem przekonany, że dotuje) czy też bardziej klasyczną fantastykę w serii Artefakty.W każdej z nich odnajdziemy opowiadania. Czasami mniejsi wydawcy skuszą się na tytuł, który zaistniał gdzieś w świecie.

Bastionem pozostaje jeszcze kompletne w działaniach ale i lekko osamotnione wydawnictwo Solaris, którego szef, Wojtek Sedeńko sam jest omnibusem i self made manem rynku fantastycznego w Polsce. Jest znawcą literatury fantastycznej, jej wydawcą, krytykiem, organizatorem fantastycznego festiwalu w Nidzicy. Ratuje zapomnianą polską fantastykę i jej twórców. Reaktywował pisarzy radzieckich (ale o duszy rosyjskiej), których twórczość zawsze dobrze rozcieńczała literaturę anglosaską. Był redaktorem antologii, ostatnio Przedmurza, zbioru premierowych opowiadań autorów krajowych , wydaje SFinksa, własny krytyczno-literacki periodyk. Koordynuje internetową encyklopedię fantastyki. No i wydał Harlana Ellisona. Wspomniany już zbiór opowiadań Ptak śmierci ale również legendarną antologię Niebezpieczne wizje, której redaktorem był przecież Ellison, selekcjoner z wizją.
Jako miłośnik fantastyki, literatury spekulatywnej, opowiadań, liczę na nich wszystkich. Na wydawców, tłumaczy, redaktorów.  A oni mogą liczyć na mnie. Jest jeszcze tyle nazwisk, do wydania, czasami do wznowienia w nowych lepszych tłumaczeniach i ładniejszych okładkach. Ślesar, Swanwick, Sturgeon, Spinrad, Silverberg, Sheldon (czyli Tiptree jr.), że tylko przy literce S pozostanę.
A przecież jest i wiele innych.

* abstrahuję od przyjętego na Zachodzie podziału - novella, novellete, short story czyli na nasze mikropowieść, nowela i opowiadanie

wtorek, 20 lutego 2018

Stand-up czarnego minstrela


zdjęcie wydawca
Sprzedawczyk - Paul Beatty. Świata opisywanego przez Beatty'ego nie widziałem i muszę mu wierzyć na słowo. Pomaga mi w tym doskonała robota tłumacza, Piotra Tarczyńskiego, który uwodząc mnie translatorską maestrią, wplótł w tekst szereg odnośników, przypisów pomagających ów tekst zrozumieć (dokładnie osiemdziesiąt). Ktoś napisał kiedyś o aktorze Denzelu Washingtonie, że gra w swoich filmach tak, że widz nie dostrzega jego pochodzenia rasowego. Podobnie jest z głównym bohaterem i narratorem Sprzedawczyka. To niebiedny Afrokalifornijczyk,  mieszkaniec Dickens, przedmieść Los Angeles, wzorowanym ponoć na Compton, najczarniejszym z miast USA, kolebce gangsta rapu (do obejrzenia i posłuchania w Straight Outta Compton - F. Gary Gray). Przypadkowa śmierć ojca z rąk policji, dzięki odszkodowaniu, pozwala mu na finansową niezależność. Niekonwencjonalnie wychowany i wykształcony przez swojego ojca, pewnego dnia spostrzega, że jego miejscowość znikła z mapy Kalifornii. Chcąc ratować status quo i godność miasta podejmuje nieoczekiwane i wydawałoby się anachroniczne działania mające przywrócić to miejsce do świadomości. Wspomagany przez swoich przyjaciół i znajomych restauruje segregację rasową i wskrzesza niewolnictwo co nieoczekiwanie wprowadza społeczny balans. Coś jak wstawanie z kolan, trochę à rebours; taki trochę podobny zabieg jaki zastosował w Uległości, Michel Houellebecq.
Wobec braku krajowego kontekstu, no, podziały u nas są ale raczej nie po linii rasowej, bohatera książki Beatty'ego jestem w stanie traktować jako bardzo inteligentnego i dowcipnego faceta, z gatunku tych do rany przyłóż lub kumpel do grobowej deski ale za cholerę nie widzę koloru jego skóry. To znaczy on to cały czas mi-nam przypomina, podkreśla ale zadziwiająco nie robi tego w kontrze do białych a raczej podśmiewając się ze swoich. Wszystko to zbudowane jest ze skeczy i dowcipów, czasami mocno czerstwych, czasami a la The Simspsons, celnie trafiających w rzeczywistość, wymieszanych z refleksją nad dzisiejszą kondycją człowieka, by nie ograniczać się tak do amerykańskiej perspektywy. Ale dlaczego Sprzedawczyk? A przeczytajcie sobie Państwo. Jupikajej!