niedziela, 25 lutego 2018

Wakacyjna miłość

liturgiczne . pl
Zanim chłodem powieje dzień - przedstawienie Teatru Modrzejewskiej w Legnicy, w reż. Pawła Kamzy. Po ubiegłorocznym Hymnie narodowym ponownie zostałem widzem legnickiego teatru.  Sztuka Pawła Kamzy również została rozegrana na niewielkiej scenie Gadzickiego gdzie praktycznie uczestniczymy fizycznie w przedstawieniu. Miejscem akcji jest jezioro położone przy jakimś niewielkim miasteczku bądź wsi gdzie w wakacyjne dni gromadzą się i starsi i młodsi. Pośrodku widowni to wyobrażone jezioro urealnione zostaje prawdziwymi drewnianymi pomostami, których nie powstydziłby się jakiś prawdziwy Jeziorak. No i jest plebania i ksiądz Maciej, energiczny, dosyć młody proboszcz parafii, którego poznajemy jako lidera sacro-rockowej grupy muzycznej angażującego w swój projekt młodzież. Jest pani Danusia, miejscowa nauczycielka, obchodząca akurat imieniny i jak zauważamy, obserwując jej zachowanie, przeżywająca właśnie swoją drugą młodość. Jest jej córka Alina i mąż Kazek lubiący piwo oraz trzpiotowata blondynka Anita. W zespole księdza Macieja udzielają się buntownicza Tola oraz Maja, która niedawno przyjechała z Londynu. Jest jeszcze matka księdza, która wolałaby widzieć syna jako lekarza a nie księdza.
Anita wychowująca córkę ma z nią pewien problem. Dziewczyna stała się od pewnego czasu zamknięta w sobie, wycofana i Anita zaczyna podejrzewać, że stało się coś złego, że przyczyną tego zła jest miejscowy ksiądz, który zawsze mając dobre i bliskie relacje z młodzieżą musiał coś zrobić Natalce. Prosi ona Alinę by ta porozmawiała z księdzem Maciejem. Za prośbą tą kryje się przekonanie, że Alina dobrze zna księdza i że sama będąc nastolatką znalazła się w "takiej sytuacji". "Takie sytuacje" to określenie Anity na molestowanie. To początek dramatu i iskra podpalająca lont nadchodzących wydarzeń.
Paweł Kamza jako zwolennik odzwierciedlania przez sztukę prawdziwego życia opowiada nam życiową historię, początkowo komediodramat, który niespodziewanie prowadzi do tragedii. Jest to opowieść wielce uniwersalna i choć możemy to wcale nie musimy jej kojarzyć z naszym krajem, aferami obyczajowym w łonie Kościoła katolickiego czy nawet akcyjnością #metoo. Wbrew oczekiwaniom ucieka od uproszczeń opowiadając w końcu niespodziewaną historię zanurzoną w młodości błądzącej po ścieżkach życiowych wyborów, w jej porywach serca, naiwności i niewinności. Krytykując zakładaną oczywistość i powierzchowność osądów pokazuje do czego mogą one prowadzić. W wymiarze społecznym ale i prywatnym.
Przedstawienie zostało bardzo dobrze zagrane, na szczególne oklaski zasługuje Joanna Gonschorek  jako Pani Danusia i sceniczne małżeństwo Aliny i Kazka czyli Magda Skiba i Bartosz Bulanda oraz Mateusz Krzyk w roli księdza. Scenariusz jest precyzyjny a dowodem tego jest to, że w czasie 75 minut opowiedziano nam przekonująco bardzo gęstą i niebanalną historię.   
   

czwartek, 22 lutego 2018

...i wiele innych



To, co najlepsze - Harlan Ellison. Wypadałoby zakrzyknąć, nareszcie! Dlaczego tyle czasu musieliśmy czekać, po części wyjaśnia w przedmowie Jerzy Rzymowski, redaktor Nowej FantastykiHarlan Ellison to przecież jeden z najważniejszych twórców literatury fantastycznej. Nadal żyjący gigant, klasyk, którego należy stawiać obok Asimova, Bradbury'ego, Clarke'a, Dicka, Le Guin, całego alfabetu najsłynniejszych pisarzy. Oprócz pojedynczych opowiadań, porozrzucanych po czasopismach lub antologiach na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, w Polsce ukazała się tylko jedna pozycja z jego twórczością. Mowa tu o autorskim zbiorze opowiadań Ptak śmierci wydanym w 2002 roku przez wyd. Solaris. Fakt, były to jedne z najlepszych opowiadań Ellisona ale było ich  t y l k o  osiem. A trzeba wiedzieć, że Harlan Ellison oprócz ponad 70 książek, wielu scenariuszy filmowych i zredagowanych zbiorów, opracowań krytycznych,  napisał 1700 opowiadań! T y s i ą c   s i e d e m s e t. Niesamowite. Niech znakomitych będzie tylko 5%, bardzo dobrych tylko 10%,  dobrych ... Kosmos niewyobrażalny.

Mam przyjemność trzymać w rękach I tom antologii oryginalnie wydanej w 2001 roku jako The Essential Ellison i stanowiących retrospektywę z okazji 50 lecia jego twórczości. To, co najlepsze, pięknie wydane przez Prószyńskiego, to solidny tom w twardej, estetycznej okładce z rysunkiem będącym wariacją na temat Człowieka witruwiańskiego, który, gdy się przyjrzymy, wcale nie musi być człowiekiem. Na blisko 700 stronach znajdziemy ponad 40 opowiadań ale i autobiograficznych impresji, pogrupowanych w dziewięciu rozdziałach, każdy w stosownej konwencji, każdy poprzedzony przedmową.
Oczywiście, że jeszcze ich nie przeczytałem, lekturę będę sobie dawkował jak dobrą nalewkę. Jestem pewny, że te opowiadania, autor je osobiście wybrał, to naprawdę to, co najlepsze.  Żałować tylko można, że na tom drugi musimy czekać do jesieni. Ale będzie, to najważniejsze. Wydawnictwo Prószyński i S-ka w ostatnich latach rozpieszczało nas wydając omnibusy Ursuli K. Le Guin, w zapowiedziach mamy kolejną pozycję tej zmarłej niedawno pisarki i po cichu liczę na omnibusa z The Unreal and the Real. Tak, to również opowiadania. To, co lubię.
Uwielbiam opowiadania, które, szczególnie w fantastyce są jej miarą. To sól i krew literatury. Ale nowelistyka wydaje się dzisiaj być w odwrocie. Ile razy słyszałem, widziałem jak ktoś markotniał dostrzegając, że książka, którą trzyma to tak naprawdę nie powieść (najlepiej kolejna w cyklu). A przecież dobre opowiadanie jest trudniejsze do napisania niż powieść. Na kilku, kilkunastu stronach autor musi stworzyć świat i uwięzić w nim czytelnika*. Musi przytrzymać go, zachwycić, wzruszyć. Spowodować, że za ileś tam lat będziemy jeszcze je pamiętać. Lub chociaż przetrwają sezon. To jak napad na bank, ograniczenie czasem, przestrzenią, liczbą bohaterów i często wątpliwym zyskiem. Ale czasami wychodzi skok stulecia.

Pozostając przy fantastyce, przy opowiadaniach, w Polsce, muszę ze smutkiem zauważyć, że nie jest najlepiej. Brak mi dzisiaj na rynku antologii nowych opowiadań, pilnowania trendu i trzymania ręki na pulsie literatury gatunkowej, dobrych redaktorów, także tych ze Świata. Z rynku zniknął almanach, Kroki w nieznane, które po reaktywacji ukazywały się przez 10 lat, prezentując to co najlepsze w światowej fantastyce. Rakietowe szlaki poprzestały na formule opowiadań klasycznych i nie wykorzystują swojej marki by prezentować dalej krótszą formę. Wydawane jest praktycznie jedno czasopismo, miesięcznik - Nowa Fantastyka i jej wydanie specjalne. Pełni rolę samotnego arbitra ale brak konkurencji może je trzymać w bańce złudnego komfortu. Z drugiej jednak strony to światowy fenomen, są na rynku nieprzerwanie od 1982 roku! Zniknęły tak wspaniale rokujące a w świecie nadal wydawane magazyny jak Asimov's czy też Fantasy&Science Fiction. Zniknęły te wszystkie the best of the year. Jak na duży kraj w Europie, pełen marzycieli, bardzo to niezrozumiałe. Owszem, Rebis wydaje w doskonałym wyborze i jakości dzieła Philipa K. Dicka, wcześniej wydał Franka Herberta i Isaaca Asimova. Wydawnictwo MAG od lat utrzymuje nieszablonową serię Uczta wyobraźni (mówiąc utrzymuje jestem przekonany, że dotuje) czy też bardziej klasyczną fantastykę w serii Artefakty.W każdej z nich odnajdziemy opowiadania. Czasami mniejsi wydawcy skuszą się na tytuł, który zaistniał gdzieś w świecie.

Bastionem pozostaje jeszcze kompletne w działaniach ale i lekko osamotnione wydawnictwo Solaris, którego szef, Wojtek Sedeńko sam jest omnibusem i self made manem rynku fantastycznego w Polsce. Jest znawcą literatury fantastycznej, jej wydawcą, krytykiem, organizatorem fantastycznego festiwalu w Nidzicy. Ratuje zapomnianą polską fantastykę i jej twórców. Reaktywował pisarzy radzieckich (ale o duszy rosyjskiej), których twórczość zawsze dobrze rozcieńczała literaturę anglosaską. Był redaktorem antologii, ostatnio Przedmurza, zbioru premierowych opowiadań autorów krajowych , wydaje SFinksa, własny krytyczno-literacki periodyk. Koordynuje internetową encyklopedię fantastyki. No i wydał Harlana Ellisona. Wspomniany już zbiór opowiadań Ptak śmierci ale również legendarną antologię Niebezpieczne wizje, której redaktorem był przecież Ellison, selekcjoner z wizją.
Jako miłośnik fantastyki, literatury spekulatywnej, opowiadań, liczę na nich wszystkich. Na wydawców, tłumaczy, redaktorów.  A oni mogą liczyć na mnie. Jest jeszcze tyle nazwisk, do wydania, czasami do wznowienia w nowych lepszych tłumaczeniach i ładniejszych okładkach. Ślesar, Swanwick, Sturgeon, Spinrad, Silverberg, Sheldon (czyli Tiptree jr.), że tylko przy literce S pozostanę.
A przecież jest i wiele innych.

* abstrahuję od przyjętego na Zachodzie podziału - novella, novellete, short story czyli na nasze mikropowieść, nowela i opowiadanie

wtorek, 20 lutego 2018

Stand-up czarnego minstrela


zdjęcie wydawca
Sprzedawczyk - Paul Beatty. Świata opisywanego przez Beatty'ego nie widziałem i muszę mu wierzyć na słowo. Pomaga mi w tym doskonała robota tłumacza, Piotra Tarczyńskiego, który uwodząc mnie translatorską maestrią, wplótł w tekst szereg odnośników, przypisów pomagających ów tekst zrozumieć (dokładnie osiemdziesiąt). Ktoś napisał kiedyś o aktorze Denzelu Washingtonie, że gra w swoich filmach tak, że widz nie dostrzega jego pochodzenia rasowego. Podobnie jest z głównym bohaterem i narratorem Sprzedawczyka. To niebiedny Afrokalifornijczyk,  mieszkaniec Dickens, przedmieść Los Angeles, wzorowanym ponoć na Compton, najczarniejszym z miast USA, kolebce gangsta rapu (do obejrzenia i posłuchania w Straight Outta Compton - F. Gary Gray). Przypadkowa śmierć ojca z rąk policji, dzięki odszkodowaniu, pozwala mu na finansową niezależność. Niekonwencjonalnie wychowany i wykształcony przez swojego ojca, pewnego dnia spostrzega, że jego miejscowość znikła z mapy Kalifornii. Chcąc ratować status quo i godność miasta podejmuje nieoczekiwane i wydawałoby się anachroniczne działania mające przywrócić to miejsce do świadomości. Wspomagany przez swoich przyjaciół i znajomych restauruje segregację rasową i wskrzesza niewolnictwo co nieoczekiwanie wprowadza społeczny balans. Coś jak wstawanie z kolan, trochę à rebours; taki trochę podobny zabieg jaki zastosował w Uległości, Michel Houellebecq.
Wobec braku krajowego kontekstu, no, podziały u nas są ale raczej nie po linii rasowej, bohatera książki Beatty'ego jestem w stanie traktować jako bardzo inteligentnego i dowcipnego faceta, z gatunku tych do rany przyłóż lub kumpel do grobowej deski ale za cholerę nie widzę koloru jego skóry. To znaczy on to cały czas mi-nam przypomina, podkreśla ale zadziwiająco nie robi tego w kontrze do białych a raczej podśmiewając się ze swoich. Wszystko to zbudowane jest ze skeczy i dowcipów, czasami mocno czerstwych, czasami a la The Simspsons, celnie trafiających w rzeczywistość, wymieszanych z refleksją nad dzisiejszą kondycją człowieka, by nie ograniczać się tak do amerykańskiej perspektywy. Ale dlaczego Sprzedawczyk? A przeczytajcie sobie Państwo. Jupikajej! 

sobota, 17 lutego 2018

Miejsce na reklamę

plakat filmowy
Trzy billboardy za Ebbing, Missouri - Martin McDonagh. Film rewelacyjnie zagrany przez doskonale dobranych aktorów - Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell (a przecież drugi plan też tętni życiem). Precyzyjna i kompletna opowieść o potrzebie odnalezienia spokoju. Wielka w tym zasługa scenariusza. Opowieść o zbrodni, w której zbrodnia nie jest najważniejsza chociaż pozostaje pierwszoplanowa. Matka zniecierpliwiona umierającym śledztwem w sprawie brutalnego zabójstwa swojej córki wynajmuje tytułowe billboardy by zamieszczonymi na nich hasłami zmotywować miejscową policję do wykrycia sprawcy tej zbrodni. Powoduje to szereg mniej lub bardziej przewidywalnych interakcji między osobami tego specyficznego dramatu. Specyficznego bo naznaczonego reżyserskim doświadczeniem. Martin McDonagh to twórca charakterystycznego jednak kina - ten Irlandczyk urodzony w Anglii, dramatopisarz jest przecież autorem chyba kultowego już In Bruges ( znanego nam jako Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj) czy trochę słabszych 7 psychopatów. Znając te filmy ma się pewność, że w kolejnym spotkamy wyrazistych bohaterów, dużo dobrych dialogów, akcję, dramatyzm i humor. Dużo czarnego humoru. Wszystkie te elementy odnajdziemy i w Trzech billboardach... Postać grana przez Frances McDormand, przypomina mi nieco Janinę Duszejko, bohaterkę Pokotu Agnieszki Holland. Podobna bezkompromisowość, niezgoda na opresyjność świata, jego hipokryzję, to ratowanie żuczków... Woody Harrelson gra swoje ale jego osobista historia, szefa posterunku jest jakby filmem w filmie. I nie milknie do jego końca. Obok nich wybija się jednak Sam Rockwell. Grana przez niego postać policjanta cały czas ewoluuje na ekranie prowadząc nas w różne stany emocjonalne - od wzburzenia po wzruszenie. I nigdy nie pozwalając sobie na jednoznaczność. Naprawdę zasłużone Złote Globy.

piątek, 2 lutego 2018

Refleksy #14

T2:Trainspotting 2 - Danny Boyle. Nieprawdopodobny i wcale oczekiwany powrót po latach zatwardziałych narkomanów (McGregor, Bremner, Lee Miller,  Carlyle). To, że żyją to cud. Błogosławieństwem jest również to, że przez ćwierć wieku wiele się nie zmienili i niczego się nie nauczyli. Bardzo sprawna intryga pomaga nam w to wszystko uwierzyć.
Zabicie świętego jelenia - Yorgos Lanthimos.  Ifigenia, córka Agamemnona, miała się zgodzić być złożoną w ofierze by bogowie sprzyjali jej ojcu pod Troją. Artemida, bogini łowów, wzruszona jej postawą ofiarowuje w zamian swojego jelenia ratując dziewczynę przed śmiercią. Tutaj ofiary nie uratuje boska interwencja, nie uświadczymy jej gdyż Lanthimos, już pierwszą sceną (autentycznej operacji na otwartym sercu) próbuje nas przekonać, że wszystko jest w rękach człowieka. Zamiast jakiegokolwiek boga demiurgiem staje się człowiek, tutaj akurat zdolny chirurg kardiolog. Grek udowadnia również, że tworząc trzeba coś zniszczyć. I tutaj zaczyna się prawdziwie grecki dramat. Bogiem z maszyny, panem Zemsta, który zdecyduje o losach rodziny Murphy (Colin Farrel i Nicole Kidman) staje się syn jednego z pacjentów, ofiary nieudanej operacji kardiochirurga (w roli tego nemezis, świetny Barry Keoghan). Chociaż ofiarowanie czynione jest pod przymusem, ofiara jest nieuchronna a zemsta jednak dopełniona, wszystko to zdaje się zdążać do stanu względnej równowagi. O ile Lobster nie do końca mnie przekonywał to tutaj mogę jedynie klaskać.
Good Time - Brothers Safdie - Nie pożyczając nic z fabuły ma w sobie klimat Ucieczki w noc (Into the night - 1985) czy też Wstęp wzbroniony (Trespass - 1992). Obydwa te filmy są przedstawicielami swoich czasów. Bracia Safdie historię mało odpowiedzialnego Conniego (coraz lepszy Robert Pattison), który po dramatycznie spieprzonym napadzie na bank musi ratować przed więzieniem swojego niepełnosprytnego brata (gra go Ben Safdie) po części nakręcili właśnie w manierze tamtych, minionych lat. Noc przez którą bracia będą musieli przejść pokaże nam, czy to był dla nich dobry czas.
Gorzkie żniwa - George Mendeluk. W tej historii i Ukrainy i wielkiego głodu wywołanego na jej terenach przez politykę Stalina miałem nadzieję na obraz o jakości co najmniej Wołynia. Niestety to telewizyjny gniot, pełen płycizn i naiwnych skrótów, który udowadnia jedynie, że Terence Stamp już się nie starzeje a Lenin jest wiecznie żywy. Albo odwrotnie.
Światło między oceanami - Derek Cianfrance. Fassbender jako weteran wojenny oraz Vikander jako jego młoda żona gotowa ponosić trudy życia przy boku męża latarnika. U brzegu wyspy znajdują pewnego dnia łódź z żywym dzieckiem, które z braku własnego pospiesznie przysposabiają. I żyli długo i szczęśliwie, co oczywiście nie jest prawdą. Do łzy ostatniej.
Król polki - Maya Forbes. Jack Black jako Jan Lewan-dowski nasz rodak z Pensylwanii, który promował słowiańską nutę. Jej skoczne metrum połączył nawet z amerykańskim rapem. Nie darował sobie przy tym i pozostał  naiwnie cwanym "januszem biznesu". Błahostka, żeby nie powiedzieć Polish joke.
Altered Carbon - serial na podstawie powieści  Modyfikowany węgiel - Richarda Morgana. W sumie czarny kryminał w dekoracji sf czyli odległa przyszłość i ludzkość, której problemy są niezmienne. Popatrzę do końca.

czwartek, 25 stycznia 2018

Odkrywanie Ameryki

zdjęcie własne
Z zimną krwią. Prawdziwa relacja o zbiorowym morderstwie i jego następstwach - Truman Capote. Niepozorna, mała i pożółkła już ze starości książeczka wydana przez Czytelnika w serii Nike. Pozbawiona obwoluty prowokowała jedynie by ją gdzieś głębiej schować. Otworzyłem jednak i zacząłem czytać gdyż jej pierwsze zdania, opis miasteczka Holcomb w Kansas gdzie rozegrała się zbrodnia, z której relację zdawał nam pisarz, miały magnetyczną wręcz moc usadzenia mnie na krawędzi fotela, na którym niepostrzeżenie poznałem wszystkie osoby dramatu. Ta powieść faktu, którą wielu sytuuje jako pierwszą w swoim gatunku, opowiada o brutalnym zabiciu zamożnej farmerskiej rodziny Clutter'ów przez dwóch zdeprawowanych, młodych ludzi - Dicka Hickocka i Perry'ego Smitha. Opowiada o ofiarach i ich katach z podziwu godnym dystansem. Kreśli ich życiowe ścieżki, które w konsekwencji dosyć przypadkowo i tragicznie się ze sobą zetkną. Capote zaznajamia nas ze szczegółami ich życia i śmierci, śledztwa i procesu. Opowiada o agentach federalnych, tropiących zabójców policjantach, sędziach, ławie przysięgłych. O wszystkich okolicznościach, które doprowadziły do tej zbrodni i jej ukarania. To opowieść o mieszkańcach, sąsiadach ofiar, ich strachu i wzbudzonej podejrzliwości, o ich moralności i jej rozterkach.
Capote ten literacki reportaż, dzieło swojego życia, nad którym pracował kilka lat, wydał w 1966 r. To rzecz dzisiaj nadal zaskakująco nowocześnie napisana i pomijając pewne historyzmy w jej tłumaczeniu, wyśmienita w czytaniu. Precyzyjna i przemyślana rekonstrukcja zdarzeń, obiektywizm autora i różnorodność wykorzystanych relacji tylko bardziej nas angażują w lekturze. Można jedynie snuć rozważania jak recepcja tej crime story miała wpływ na kształt podobnych zbrodni, tych autentycznych ale przede wszystkim tych wymyślonych na potrzeby amerykańskiej popkultury.
Po latach pojawiły się zarzuty, podobne do tych formułowanych wobec Ryszarda Kapuścińskiego, o podkolorowanie kilku faktów, inne rozłożenie akcentów i promowanie innych niż w rzeczywistości bohaterów. Trochę to nadmuchane problemy gdyż wynikają np. z próby sprzedania tej historii przez rodzinę jednego z agentów biorących udział w śledztwie, która uważa, że jego rola została pomniejszony a szczegóły wypaczone, itp. Z końcem 2012 roku doszło do ekshumacji szczątków sprawców zbrodni. Współczesne metody badań, głównie genetyczne, miały umożliwić sprawdzenie podejrzeń, że tuż przed zatrzymaniem popełnili oni jeszcze jedną podobną zbrodnię. O zabiciu czteroosobowej rodziny Walkerów na Florydzie wspomina przecież Capote w swojej relacji, już wtedy pozostawiając otwarte pytanie o jej sprawstwo. Nie natrafiłem na informacje o efektach tych badań, założyć więc można, że albo metody nie można było zastosować albo Hickock i Smith nie byli jej sprawcami.

niedziela, 7 stycznia 2018

Refleksy #13

Mother! - Darren Aronofsky -  Kosmogeniczny, synkretyczny, baśniowy a jednocześnie biblijny, staje przeciw słabości patriarchalnej konstrukcji świata. Nie tylko światowych religii ale i świeckich ideologii i ich jedynie męskich proroków i mesjaszy. O Stwórcy i jego Dziele ale również o twórcy i jego dziełku. Prowokuje  symbolicznym wymiarem wielu scen w natłoku, których się zgubimy i nie daje nadziei na postęp zamykając wszystko w kole czasu. Podobnie myślał Lars von Trier tworząc  Antychrysta. Panie Aronofsky, gdyby to było takie proste...
Korona królów - (spojrzałem ze względu na wrzawę), jest tak gustownie polska, szyta na naszą dzisiejszą miarę, że wyśmiewanie się z niej, zbyt łatwe zresztą, jest jak wyśmiewanie się z nas samych. Gdybyśmy mieli takie poczucie humoru byłaby szansa na coś w stylu Czarnej Żmii. Ale takiego dystansu do siebie przecież nie mamy...
Z netflixowej półki: Bright - David Ayer. W amerykańskim tyglu rasowym z całą pewnością brakowało jeszcze orków i elfów jako równoprawnych człowiekowi partnerów. Opowieść policyjna, która gdzieś od połowy pogubiła się scenariuszowo i produkcyjnie. A zapowiadają ciąg dalszy.
Manhunt: Unabomber. Profiler FBI próbuje zidentyfikować nieuchwytnego sprawcę, który przez kilkanaście lat terroryzuje bombami instytucjonalną Amerykę. Autentyczność opowieści tylko podkreśla jej dramatyzm. Nie tylko dla miłośników Mindhuntera.
Black Mirror 4 - ostatnia odsłona serialu straszącego najbliższą przyszłością wydaje mi się najmniej efektowną. Być może wynika to z wyczerpywania się jego formuły, która w ostatnim odcinku - Czarne muzeum, przypomina bardziej Opowieści z krypty niż oryginalne założenie serii. Robią wrażenie swoim fatalizmem, Twardogłowy, którego brutalność zmiękczono czarno-białymi zdjęciami,  oraz bardzo drastyczny Krokodyl, rozegrany w islandzkiej scenerii.
W leniwym początku roku przedzieram się przez Instrukcję dla pań sprzątających, chwalone opowiadania Lucii Berlin oraz nieco dystopijne Zero K , Dona DeLillo. Szukam jednocześnie, w konkurencji do nich, czegoś lżejszego ale równie niegłupiego mając na uwadze, że z niewiadomych mi powodów poległem w fantastycznym Ciemnym lesie, Cixin Liu.