niedziela, 7 lipca 2019

Palinocka, no to co, że w Szwecji

Plakat filmowy. Zdjęcie własne
Midsommar - Ari Aster. Drugi jego film wywarł na mnie większe wrażenie niż ubiegłoroczny Hereditary. W przeciwieństwie do debiutu wydaje się spójniejszy, bardziej przemyślany i jednak dojrzalszy. Co prawda opowiada również o żałobie, osobistej stracie i próbie oswojenia się z tak dramatyczną sytuacją ale robi to zdecydowanie lepiej. Fabularnie to opowieść, którą, przynajmniej częściowo, w ostatnim czasie mogliśmy oglądać chociażby w netflixowych - Apostole czy Rytuale. Grupa przyjaciół jedzie do Szwecji by wziąć udział w święcie letniego przesilenia. Dla części z nich jest to wyjazd naukowy - nad świętem tym prowadzą doktoranckie badania, dla innych stanie się okazją oderwania od dotychczasowych problemów. Postacią centralną jest Dani (Florence Pough znana z serialowej Małej doboszki), która wymusiła trochę swoją obecność na tym wyjeździe, próbując z jednej strony naprawić relację ze swoim chłopakiem Christianem (Jack Reynor) a z drugiej uleczyć swój ból. Przyczyny tych relacji i doznanej traumy poznajemy w pierwszej części filmu, długiej ekspozycji wprowadzającej nas w obyczajowe tło tej opowieści i pokazującej jej bohaterów. Środek to przyjazd do szwedzkiej społeczności gdzie ma odbyć się tytułowe święto. Trafiamy do małej wioski, osady, której sielska atmosfera przypomni nam o spokojnym życiu zgodnie z rytmem natury. Natury, którą bohaterowie poznają bezpośrednio korzystając z halucynogennych roślin i grzybów. Ta nieco hippisowska komuna wydaje się być oazą i obietnicą, którą potrzebują, wyrośli w wielkomiejskim zgiełku, młodzi ludzie. Stojąc nieco na uboczu wkraczają niepostrzeżenie w ceremoniały związane z letnim przesileniem. Stają się one dla nich, dla przybyszów z zewnątrz, z jednej strony wstrząsem uruchamiającym chęć ucieczki, z drugiej wyzwaniem, z którym niektórzy będą się chcieli zmierzyć. To najbardziej pogańska cześć widowiska, która poprzez swoja intensywność wystawia nas wręcz na fizyczne cierpienie. Ari Aster prowadzi nas przez ten koszmar w pełnym słońcu, obrzędy odbywają się przecież w czasie letniego przesilenia kiedy noc jest raczej zjawiskiem umownym. Reżyserski zamysł doskonale budują zdjęcia Pawła Pogorzelskiego i niepokojąca muzyka zbudowana z ambientowych i folkowych nut. Nie wiem czy już obserwujemy renesans filmowego horroru ale pojawiają się coraz wyraźniej jego twórcy i mam nadzieję na jeszcze niejedno zaskoczenie w tym gatunku.

czwartek, 27 czerwca 2019

Refleksy #29


Rocketman - Dexter Fletcher. Filmowa biografia Eltona Johna skrojona przez producenta Bohemian Rhapsody bardziej jednak przypomina inny jego film – Eddiego zwanego orłem. Miła dla oka i ucha konfekcja.
Dragged Across Concrete - S. Craig Zahler. Mel Gibson i Vince Vaughn jako detektywi zawieszeni za zbyt brutalne zatrzymanie. Z nadmiaru wolnego czasu wpadają na trop grupy przestępczej planującej skok na bank. Rozgoryczeni dotychczasową karierą próbują ugrać coś na boku… Kino policyjne pełna gębą chociaż trochę przegadane i pompatyczne
Venom - Ruben Fleischer. Chciałbym napisać, że dla Toma Hardy’ego ale skłamałbym. Nie namawiam do alkoholu ale piwo wskazane.
I Am Mother Grant Sputore. Robot wychowuje ludzkie dziecko w świecie po bliżej nieznanej apokalipsie – Ziemia jest zniszczona, ludzi nie ma, a wychowywana w podziemiach przez maszynę dziewczynka wydaje się bardziej stworzona niż zrodzona. Niezły klimat i niezbyt czytelne zakończenie.
Żona - Björn Runge. W roli tytułowej nie doceniona Oscarem Glenn Close. Jej mąż dostaje właśnie nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Rodzinny wyjazd do Sztokholmu ujawnia koszt tego splendoru. Bardzo wyważona rola Close przekonuje do tej historii.
Jak pies z kotemJanusz Kondratiuk. Biograficzny film o pożegnaniu z bratem Andrzejem. Także o trudnych rodzinnych relacjach i nieoczywistych sposobach radzenia sobie z chorobą bliskiej osoby. Wydaje się być obrazem szczerym i naprawdę przejmującym a przy tym, jak to w życiu, często zabawnym. Panowie Więckiewicz i Łukaszewicz zagrali wybornie ale to Aleksandra Konieczna zawłaszcza ekran.
Wieczór gier - John Francis Daley, Jonathan Goldstein. Młode małżeństwo – Jason Bateman i Rachel McAdams – uwielbia spędzać wieczory w towarzystwie przyjaciół na wspólnym rozwiązywaniu zagadek. Rzadko widywany brat/szwagier proponuje grę według własnych zasad. I się zacznie. Parę uśmiechów, kilka zaskoczeń, na lekki wieczór.
Zabójczy rejsSandler i Aniston to nazwiska, które zapewniły tej produkcji netflixa rewelacyjne otwarcie. Gorzej z sama fabułą, która stanowi jakby karykaturę powieści Agathy Christie ze Śmiercią na Nilu na czele.
Dark – drugi sezon nie robi już takiego wrażenia jak pierwszy a wręcz swoim melodramatycznym splątaniem każe podejrzewać, że twórcy nie mieli nań pomysłu. Nadzieja w tym, że najlepsze zostawili na Finał (tytuł zapowiedzianego sezonu 3).
Coś i poczytałem w międzyczasie. 
John Scalzi - Upadające Imperium. Space opera rozgrywająca się w nieco feudalnym wszechświecie to  początek cyklu więc nie wiem czy będę kontynuował o ile wydadzą. Ale zgrabnie wchodzi gdyż Scalzi potrafi pisać
David Seed - Science Fiction. Krótkie wprowadzenie. Akademicki ale lekki spacer po gatunku. Dla przypomnienia.
Bob Woodward - Strach. Trump w Białym Domu. Aż chciałoby się by o współczesnej polskiej polityce ktoś pisał tak wnikliwie, zajmująco i od środka.
Kristen Roupenian - Kociarz. Opowiadania tu zamieszczone chociaż w swojej pierwotnej warstwie obyczajowe, są wielce niepokojące i przypominają baśnie czasami dosyć okrutne.
Lauren Groff - Floryda. Również opowiadania, nie wiem czy nie o większym potencjale niż te napisane przez Roupenian. Podobny mroczny klimat i ciążący nad bohaterami fatalizm podany został jednak w bardziej przekonujący literacko sposób.
O tych opowiadaniach należałoby napisać coś więcej bo zasługują na to ale panujący upał przegrzał mnie i jestem przekonany, że nic mądrego o nich nie napiszę.

sobota, 25 maja 2019

Refleksy #28


Czarnobyl – miniserial o słynnej awarii radzieckiej elektrowni atomowej. Awaria to oczywiście eufemizm gdyż była to katastrofa na skalę europejską, która do tego miała nieszczęście zdarzyć się w czasie i systemie dalekim od politycznej i społecznej przejrzystości. Wszystko to zostało dosyć wiernie pokazane na ekranie, starszym przypominając klimat tych lat a młodszym pozwalając patrzeć z niedowierzaniem na wręcz postapokaliptyczną fabułę. Dzisiejsza recepcja tej katastrofy przynosi zaskakujące puenty – zniknięcie człowieka pozwoliło przyrodzie nad Prypecią rozbujać nad wyraz zdrowo a i sama liczba ofiar po latach wydaje się zaskakująco niska jak na charakter zdarzenia. Film pozostaje także hołdem dla wszystkich zaangażowanych w działania ratunkowe, tych nieświadomych i świadomych zagrożenia.
Disaster Artist - James Franco. Ta historia niespełnionego artysty została na tyle umiejętnie opowiedziana i zagrana, że wygląda na ciekawszą niż pewnie jest w rzeczywistości. Dla nas pozostają interesujące ale w filmie nierozwinięte, polskie pochodzenie głównego bohatera i pieniądze, które pozwoliły mu śnić po amerykańsku.
Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie - Ken Scott. Zgrabna reklama szwedzkiego sklepu wnętrzarskiego, film zbyt przypominający Slumdoga by dłużej się nad nim rozwodzić.
Śmierć Ludwika XIVAlbert Serra. Przykuwający naszą uwagę obraz ostatnich chwil monarchy i jego dworu spiętego tą dosyć głupia sytaucją. Aktorski majstersztyk Jean Pierre Leauda w tej roli. Reżyserska powściągliwość i maestria zdjęć dokładają napięcie niewspółmierne do dosyć statycznej agonii Króla Słońce
Higwayman - John Lee Hancock. By dopaść słyną parę gangsterów Bonnie i Clyde’a sięgnięto po doświadczenie emerytowanych już rangersów. To film o nich. W tych rolach Kevin Costner i Woody Harrelson krok po kroku, przemierzając Amerykę czasów wielkiego kryzysu, tropią bandytów, którzy w społeczeństwie jako para kochanków mieli status gwiazd. Udana próba odszlachetnienia ich historii.
Status związku - ponoć serial, na który natrafiłem w formacie filmu pełnometrażowego. Być może oglądanie cięgiem tych dziesięciu 10 minutowych spotkań małżeństwa w kryzysie, skądinąd skrzących się humorem i inteligencją, spowodował u mnie poczucie przepełnienia.  
Słodki koniec dnia - Jacek Borcuch. W ocenie nie byłbym taki surowy jak Jakub Socha, który na łamach dwutygodnika podśmiewał się się z filmu wypominając również, że scenariusz współtworzył Szczepan Twardoch. Z pewnością nie jest to historia arcypolska – akcję filmu umieszczono przecież we włoskiej Toskanii, główną bohaterką jest mieszkająca tam od stanu wojennego polska poetka o żydowskim rodowodzie, do tego uznana Noblistka. Pomimo rodziny na stanie jawnie flirtuje z egipskim młodzieńcem ciesząc się tą już lekko zapomnianą siłą witalną. Ten dosyć sielski obrazek zakłóca obecny od początku wątek emigrantów, ten znany nam z dzisiejszych przekazów medialnych, którego kulminacją staje się atak terrorystyczny przeprowadzony w Rzymie. Poetka, świetna w tej roli i wbrew swemu emploi Krystyna Janda, po tym tragicznym wydarzeniu wygłasza publicznie swego rodzaju artystyczne credo, które wbrew jej woli staje się manifestem, którego konsekwencje staną się nieprzewidywalne. Film o wolności, takim osobistym prawie do niej i o obowiązku dbania o wolność, nieustającego obowiązku.     
Wędrująca Ziemia - Frant Gwo.  Chińska superprodukcja sf na podstawie opowiadania Cixin Liu (w: Kroki w Nieznane 2014), o którym wtedy pisałem: „Ratowanie ludzkości przeprowadzone z chińskim rozmachem. Aby ocalić ludzkość przed wybuchem Słońca, Liu uzbraja Ziemię w silniki i funduje jej podróż przez głęboki kosmos ( był kiedyś taki serial Kosmos 1999, europejska odpowiedź na Star Treka. Tam podróżował Księżyc a wraz z nim załoga stacji kosmicznej Alpha). Naiwne i komunistyczne w duchu”. Na ekranie wypadło chyba gorzej, bez scenariuszowych półcieni, zbyt animacyjne i dodatkowo po azjatycku jazgotliwe.
Seialowo także Obsesja Eve w drugim, równie gęstym sezonie oraz netflixowy, warty uwagi i intrygujący Już nie żyjesz, o wdowie pragnącej znaleźć winnego śmierci swojego męża.


piątek, 26 kwietnia 2019

Refleksy #27


Złodziejaszki - Hirokazu Koreeda. Najtrafniejsze tłumaczenie tytułu, najbliższe znaczeniu oryginalnemu, film miał w Niemczech - Familienbande. No bo i rodzina, jako podstawowa grupa społeczna, jak i banda, grupa często przypadkowych osób połączonych wspólnym celem. Koreeda w sposób wręcz mistrzowski pokazał nam patchworkową rodzinę żyjącą na obrzeżach zamożnego społeczeństwa, w sposób daleki od naszych wyobrażeń o współczesnej Japonii, kraju którego na początku naszej ustrojowej transformacji chcieliśmy być naśladowcą. Opowiedziane z niesamowitym wyczuciem, doskonale zagrane, bez jednej fałszywej nuty. Już wiem dlaczego Zimna wojna musiała w Cannes oddać palmę pierwszeństwa (Palme d'Or)
Przemytnik - Clint Eastwood. Szacunek dla tego aktora każe pamiętać, że kreował role oraz wyreżyserował filmy, które przejdą do historii filmu. Jakiś cel przyświecał prawie 90-letniemu Eastwoodowi, że stworzył ten dosyć naiwny ale ciepły i rodzinny film. Może tylko dlatego, że chciał i mógł.
Iniemamocni 2 - zagadką pozostanie dlaczego musieliśmy czekać 14 lat na dalsze przygody rodziny Iniemamocnych. Plus animacji taki, że czas się ich nie ima. Nawet w dzisiejszym zalewie superbohaterskich scenariuszy kontynuacja od Pixara wypada dosyć świeżo i trendy - mama pracuje, tata dom utrzymuje...
Trzecia granica - J.C. Chandor. Grupa kolegów, byłych żołnierzy różnych specjalnych formacji zbiera na fundusz emerytalny planując okraść a przy okazji wyeliminować bossa narkotykowego kartelu. Fatalizm, który wisi nad całą akcją to nie tylko zamierzony efekt wynikający ze scenariusza. Pomimo mocnej męskiej obsady film nie ma jaj ani pary.
Tajemnica szczęścia - Vlad Zamifrescu. Kameralny komediodramat o scenicznej wręcz proweniencji - dwóch przyjaciół podczas domowego spotkania zastanawia się nad urozmaiceniem swojego wygodnego aczkolwiek lekko już nudnego życia intymnego -  dąży do niespodziewanego finału.
Odnajdę Cię - Beata Dzianowicz. Film w sumie nieudany ale... Ambitna policjantka  (jednak świetna Ewa Kaim) ściga profesjonalnego zabójcę. Ten aby nie ułatwić tego zadania porywa jej córkę. To ale, zastrzeżenie, które czynię, to jednak sposób prowadzenia opowieści, który przykuwa do ekranu. Jest coś, w tej wielokrotnie już opowiadanej policyjnej historii, co każe zapamiętać reżyserkę. Może to szczerość i siła głównej bohaterki, które biorę za świeżość.
Konwój - Maciej Żak. Reżyser, w przeciwieństwie do Dzianowicz, stworzył film całkiem męski chociaż scenariusz szyty jest jeszcze bardziej grubymi i słabymi nićmi. Służba więzienna ma przewieźć więźnia. Oczywiście konwój ten nie okaże się prostym zadaniem.
Brud - czyli netflixowa, biograficzna opowieść o Mötley Crüe, amerykańskiej rockowej grupie ponoć bardziej sex, drugs and rock'and'roll niż Rolling Stones. Sympatyczne, nóżka sama tupie. Ale podejrzewam, że najlepszego i tak nie pokazali.
Avengers: Koniec gry - Anthony i Joe Russo. To nie koniec gry tylko koniec pewnej fazy, jak MCU nazywa swój projekt. Nie po to Thanos w Wojnie bez granic wymazał połowę wszechświata by Avengersi przejść mieli nad tym do porządku dziennego. Dostajemy blisko trzy godziny, które w sumie zadowolą wszystkich miłośników tego uniwersum czekających cierpliwie przez ostatni rok na odwrócenie losów wszechświata. Bo na co innego? Kwestią sporną pozostawało tylko to jaką cenę trzeba będzie za to zapłacić. I nie mówię o cenie biletu do kina.
Podobną refleksję budzi ostatni sezon Gry o tron i tu, obawiam się, może to być prawdziwy koniec gry dla wielu jej bohaterów. Z seriali jeszcze Black Summer o zombie, prawie w stylu mocumentu i Gentleman Jack z nieoczywistą kobiecą bohaterką ( Suranne Jones znana z Doktor Foster) i jej odważnym życiem w XIX-wiecznym świecie.

środa, 27 marca 2019

Refleksy #26


Dokumentalny  Free Solo - oscarowa historia młodego wspinacza, Alexa Honnolda podejmującego próbę zdobycia tysiącmetrowej ściany bez żadnego zabezpieczenia. Przekonująco i przepięknie sfilmowany niewytłumaczalny przymus i odwieczna ludzka skłonność do zmagania się z naturą.
Serialowo - After Life - Ricky Gervais w charakterystycznej dla siebie pozie cynika i prześmiewcy o ciepłym raczej sercu. Grany przez niego Tony nie może pogodzić się ze śmiercią żony, przez kilka odcinków żyjąc wbrew jej, udzielonym wcześniej w formie videobloga, radom. Zapowiada się drugi sezon. Mam nadzieję, że nikogo tym razem nie uśmiercą. Chyba, że to będzie życie po śmierci.
Love, Death+Robot - antologia krótkich, animowanych filmów fantastycznych wracająca pomysłem do produkcji Heavy Metal z 1981 r. Różnorodne historie oparte w większości na opowiadaniach znanych pisarzy (John Scalzi, Peter F. Hamilton, Alastair Reynolds, Michael Swanwick, Ken Liu) animowana przez różnych twórców (m.in. warszawskie Platige Image Studio) porywają swoja jakością i literacką bazą.
No i wrócili Amerykańscy Bogowie - mam nadzieję, że problemy z produkcją nie wpłynęły na jakość tego sezonu.
Wyspa psów - Wes Anderson. Animacyjne rękodzieło zdaje się nam podpowiadać co psie życie ma do naszego. Żeby nie było, rzecz się dzieje w dalekiej Japonii. Jednak trochę zbyt wysublimowane.
To my - Jordan Peele. Po niezłym Uciekaj! dostajemy kolejny horror tego Pana co tylko potwierdza, że wybrał kino gatunkowe nieprzypadkowo. Wielopoziomowy i konsekwentnie zrealizowany scenariusz, oprócz grozy i dreszczy dostarcza nam dużo więcej humoru i jeszcze więcej mrugnięć do widza niż kinowy debiut. Oprócz tych smakowitości mamy udanych aktorów w świetnych, dubeltowych rolach, rewelacyjne zdjęcia i towarzyszącą im również niezłą muzykę. Nie mogę się doczekać na jego zaproszenie do Strefy mroku. Nie mówiąc o już szykowanym powrocie Candymana czy Lovecraft Country, serialu obiecującego mroczną podróż po Ameryce.
Bumblebee - Travis Knight. Ma urok początku ale po co? Dla nieco młodszych, którzy w 2007 r. nie załapali się na film Michaela Baya.
Córka trenera - Łukasz Grzegorzek. Trudno w to uwierzyć ale to pierwsza główna rola Jacka Braciaka. Pomimo tego i tak ją kradnie jego filmowa córka Karolina Bruchnicka. Razem tworzą ekranową parę - ojca i córki, niespełnionego tenisisty przygotowującego do kariery na kortach swoją jedynaczkę. Wędrujemy z nimi po kortach prowincjonalnych tenisowych turniejów, wiedząc od początku jak to wszystko się skończy. Pomimo tego, obserwowanie tego procesu to czysta filmowa przyjemność.
Ciemno, prawie noc - Borys Lankosz. Książka Joanny Bator swego czasu nawet przekonała mnie* Nie mogę jednak tego samego powiedzieć o ekranizacji Lankosza. Wydaje mi się, że zawinił słaby scenariusz, pewna histeryczność opowiadania i paradoksalnie pierwszy garnitur krajowego aktorstwa. Jak najlepszą rolę zagrała Roma Gąsiorowska, to sobie wyobraźcie... A zagrała bardzo dobrze. To samo mogę jedynie powiedzieć o Jerzym Treli i Krystynie Tracz. Co tam robił Ogrodnik, Dorociński? Opowieść Bator wymagała chyba nieco innego, niż literacki, języka. Może formuła serialu dałaby tej historii więcej przestrzeni, może wtedy wszyscy ci nieźli aktorzy mieli by miejsce dla swojej gry. Kończy się druga dekada XXI wieku i w polskim kinie odczuwam pewien przesyt patologii, błota i płonących chałup.
Niczym wytłumaczalne lenistwo intelektualne opanowało mój umysł (sprawdzić czy pasuje do tego termin: marveloza) Czuję się coraz częściej jak bohater Kwiatów dla Algernona , Keyesa, obserwujący swój regres. Boję się, że jak się nie ogarnę, za niedługo, niczym Gordon, nie będę w stanie nawet tego zrozumieć. Czyli na chwilę przed Końcem gry, duża ilość trykociarzy, paradę, którą to otwiera jednak DC, więc poza jednostką chorobową fundowaną przez Marvela:
Aquaman - James Wan. Domowy seans nie bolał, cieszył oko i zapewnił odpowiednią dawkę rozrywki. Strach jechać nad Bałtyk...
Kapitan Marvel - Anna Boden, Ryan Fleck. Marvel jest kobietą i do tego kapitanem. I jest nią Brie Larson. Zostaniemy przez nią dzielnie wyprowadzeni z lat 90'tych spędzając w nich jednak prawie cały uroczy seans. Odmłodzony dzięki magii kina Samuel L. Jackson/Nick Fury opowie nam przy okazji jak stracił oko. I wystąpi prawdziwy Kotojad.
Spider-Man Universum - Film, który zaskoczył fanów pajączka i okazał się najlepszą ekranizacją jego przygód. Że animowaną tym większy aplauz gdyż najbardziej zbliżył się do formy oryginału, komiksu. Dynamiczna opowieść o Spider-Manach z różnych czasoprzestrzeni zawiązujących sojusz w walce z Kingpinem alias Wilsonem Fiskiem, nie tak sympatycznym jak ten z Daredevila. Jak mówi Stan Lee wręczając kostium kolejnemu kandydatowi na superbohatera - pasuje na każdego i zwrotów nie przyjmujemy.
Ant Man i Osa - Peyton Reed. Jeszcze efektowniej niż w jedynce ale dynamika ta jest trochę męcząca (dużemałedużemałe). Z filmów tego uniwersum największa chemia panuje chyba właśnie między mrówką a osą czyli Paulem Rudd'em a Evangeline Lilly co uprzyjemnia seans.

"Wałbrzych, miasto zaginionych dzieci i podziemnych sekretów. Alicja Tabor, główna bohaterka tej kryminalnej baśni, tropi te zaginięcia i sekrety z dziennikarskiego ale i osobistego obowiązku. Mieszkała kiedyś w tym mieście i porzuciła je bez żalu. Wracając do niego zmusza przeszłość do konfrontacji z teraźniejszością. Bator, która w książce przemyciła kilka opowieści, tą najmroczniejszą  przypomina to czym tak się zachwycaliśmy w późniejszym True Detective. Bardzo dzisiaj aktualne gdy Wałbrzych odkryć ma kolejne tajemnice a obcych szczują psami. Złoty pociąg na szczęście."


wtorek, 26 lutego 2019

Refleksy #25

Cudowny chłopak - Stephen Chbosky. Chłopiec o zniekształconej twarzy walczy o akceptację otoczenia. Optymistyczny i afirmatywny obraz pomimo pewnych uproszczeń powinien być obejrzany przez młodszych i starszych. Pierwsi powinni koniecznie obejrzeć a drudzy powtórzyć Maskę, Petera Bogdanovicha, również by zobaczyć jak nie-zmienił się świat.
Green Book - Peter Farrely. Film podobnie ciepły i prawdziwy jak powyższy tytuł, z  bonusem w postaci Oscara jako najlepszy w 2018 roku. Viggo Mortensen wozi Mahershala Alego. Niby obydwaj jadą na tym samym wózku ale porównanie to nie brzmi poważnie. Chata wuja Toma wciąż żywa.
Faworyta - Jorgos Lantimos. Z obejrzanych, chyba najlepszy film z nominowanych do Oscara. Zasłużona nagroda dla Olivii Colman grającą Królową Annę ( tylko Glenn Close żal). Nie gorsze towarzyszące jej tytułowe, Rachel Weisz i Emma Stone. Niby już to widzieliśmy a jednak robi wrażenie. Doskonałe zdjęcia i muzyka. Z niecierpliwością czekam na kolejny film Lantimosa.
Dom, który zbudował Jack - Lars von Trier. Opowieść o seryjnym zabójcy, którego ofiary są lekko zidiociałe a jego zbrodnie mają przypominać dzieło sztuki a w konsekwencji budować schronienie dla jego chorej duszy. I dziwić się, że ludzie wychodzili z kina. Oczywiście ze wszystkich pokazanych zbrodni skrzywimy się naprawdę i odwrócimy głowę od ekranu jedynie w momencie krzywdzenia kaczuszki. O  ile Trier chciał wykpić naszą fałszywą wrażliwość to trochę przestrzelił. Ale zobaczyć Matta Dillona i usłyszeć Bruna Ganza, koniecznie.
Kochając Pabla, nienawidząc Escobara - Fernando León de Aranoa. Bez chemii, bez uroku, bez napięcia. Pani kocha pana. Pan to nieświętej pamięci Escobar a pani to grająca na dwa fronty dziennikarka. Próba zdyskontowania sukcesu Narcos i sprzedania własnej historii.
Operacja Overlord - Julius Avery. Chciałoby się dodać, operacja nieudana. Reżyser nie za bardzo wiedział co opowiedzieć - film wojenny, który uczciwie korzysta z dekoracji czy horror o niemieickich eksperymentach, jakby te rzeczywiste były jakoś mniej przerażające. Przypomniał mi się stary film Michela Manna - Twierdza z 1983 r.
Ballada o Busterze Scrugsie - Ethan Coen i Joel Coen. Nowelowe opowieści z Dzikiego Zachodu. Całkiem zgrabnie łączące westernową mitologię z czarnym humorem a nawet z dreszczykiem. Chyba najlepszy film braci od lat.
Wieża. Jasny dzień - Jagoda Szelc. Debiut wart Złotych Lwów. Kino klimatyczne, niepokojące, zaskakujące. Historia jednocześnie łatwa i trudna do opowiedzenia. Upraszczając, to rasowe kino gatunkowe z unoszącym się nad nim duchem Ballad i romansów.
Ukojenie - Afonso Poyart. Anthony Hopkins i Colin Farrell jako jasnowidzący przeciwnicy. On wie, że on wie, że on wie. I vice versa. Cud prawdziwy, że wybrnęli z tego galimatiasu.
Całkiem satysfakcjonujący trzeci Detektyw, z przejmującym finałem i gorzkimi wnioskami płynącymi z zadowalania się zbyt łatwymi odpowiedziami. Mahershala Ali udowadnia swoją wartość ale to Stephen Dorff uzupełnia ten duet.
Russian Doll - matrioszka z netflixa to wariacją na temat wyczerpany przez Dzień świstaka. Nie przekonała mnie główna bohaterka i nowojorska hipsteria. Cięty język to za mało.
Umbrella Academy - półsieroty o nadzwyczajnych zdolnościach po śmierci swojego ojczyma, wychowawcy i mentora mają kilka dni by ocalić świat. Ma swój fatalistyczny klimat, taki Watchman stempel, który z pewnością zostanie z czasem rozrzedzony większą dawką optymizmu.