niedziela, 7 marca 2021

Nikt nie odejdzie zawiedziony


Arkadij i Boris Strugaccy - Piknik na skraju drogi i inne utwory
. Ładnie wydany omnibus z kilkoma najważniejszymi powieściami braci Strugackich. Otwiera go tytułowy Piknik... trwale osadzony w literaturze nie tylko fantastycznej. Opowieść o poszukiwaczach, stalkerach penetrujących Strefę, pozostałość po odwiedzinach obcej cywilizacji, przekracza ramy gatunku stając się filozoficzną zadumą nad kondycją naszego świata. Aspekt ten stał się podstawą filmu Andrieja Tarkowskiego - Stalker. Jej bardziej rozrywkowy, przygodowy charakter nie został na razie zekranizowany chociaż doczekał się szeregu mutacji w grach video i wielu mniej lub bardziej udanych literackich franczyz i zapożyczeń. 

Zamykający zbiór Ślimak na zboczu to najambitniejsza powieść Strugackich. Sami uważali ją za swoje najpełniejsze dzieło - powstała z połączenia dwóch nowel znanych pod tytułami: Dyrekcja Zarząd i Las. Ich połączona fabuła momentami jest ciężka, przedzieranie się przez nią jest jak odkrywanie nowego, nieprzyjaznego świata ale lektura ostatecznie przynosi pełną satysfakcję.  Bohaterem części pierwszej jest naukowiec Pierec, zatrudniony przez Zarząd do badania Lasu - to obszar jedynie umownie przypominający znany nam las. To obcy, samostanowiący organizm, dynamicznie kształtujący siebie i swoje otoczenie, wymagający zrozumienia a jednocześnie niewytłumaczalny przy wykorzystaniu znanej nam siatki pojęć i definicji. Bohaterem tej części powieści jest Kandyd, zagubiony niczym jego oświeceniowy imiennik. Paradoksalnie, w miarę wchodzenia w historię, okazuje się że Las staje się dla nas, czytelników bardziej zrozumiały i ludzki niż Zarząd, który przecież rządzi się ludzkimi prawami, znaną nam biologią i fizyką. Jednak jego systemowa absurdalność i kafkowska logika powodują, że tak jak główny bohater chcemy go jak najszybciej opuścić.  Ślimak na zboczu przypomina mi trylogię Southern Reach, Jeffa VanderMeera. Nieprzypadkowo przecież tytuły poszczególnych tomów: Unicestwienie, Ujarzmienie, Ukojenie zbieżne są z powtarzaną przez Strugackich zależnością, cyklem nowego życia: Przezwyciężenie, Uspokojenie i Zespolenie. To również silny feministyczny wydźwięk w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Strugaccy napisali bardzo nowoczesną powieść i nie dziwi, że byli z niej dumni.

Już te dwie powieści przesądzają o wielkości pisarstwa Strugackich a przecież to nie koniec. Miliard lat przed końcem świata, Trudno być bogiem i Poniedziałek zaczyna się w sobotę to pełnoprawne powieści, żadne wypełniacze tego zbioru. Pokazują jednocześnie przekrojowo twórczość braci Strugackich, jej różnorodność i oryginalność przekraczające miejsce i czas ich powstania. Zadziwiająco mało w nich elementów ideologii ustrojowej Kraju Rad a te pojawiające się mają raczej charakter obśmiewający lub stanowią inteligentną grę z wszechwładną wtedy cenzurą. Przykładem tego niech będzie najlżejszy w zbiorze Poniedziałek zaczyna się...rzecz o zarobionych pracownikach Instytutu Badania Czarów i Magii. Mógłby przecież opowiadać o absurdach dnia codziennego akademików ciężko pracujących w jednym z wielu zamkniętych miast ZSRR. Zadziwia również, pomimo poczucia humoru występującego w dużych dawkach, mało optymistyczny wydźwięk tych powieści. Miliard lat przed... opowiada przecież o nieuchronnym końcu naszego świata, przeciąganiu liny z siłami entropii, walki której końcowy efekt staje się nieprzewidywalny, Trudno być bogiem opisuje feudalną cywilizację obcej planety, rozważając dylemat ingerencji i wpływu ziemskich naukowców uczestnicząco badających zastaną kulturę,  zresztą nie bez wpływu na nich samych. Nawiasem mówiąc powieść ta doczekała się ciekawej ekranizacji w reżyserii Aleksieja Germana (2013 r.).

Jeszcze tylko proszę o wydanie cyklu powieści o perypetiach Maksyma Kammerera.

Relax


Po blisko 40 latach pod nr 32 ukazał się Relax -  Magazyn Opowieści Rysunkowych. Taki starter mający przypomnieć dawne wydawnictwo, reaktywowany przez miłośników i twórców komiksu. Zawartość różnorodna, na prawie 160 stronach mamy zagraniczne i krajowe opowieści rysunkowe, trochę publicystyki na temat oraz autoreklamy. Zwiększenie objętości i jakości wydania tłumaczy nie niską cenę za numer (zresztą komiksy nie są obecnie tanie). Trzymam kciuki za powodzenie tego projektu tym bardziej, że co nieco daliśmy światu komiksu.  



niedziela, 7 lutego 2021

Czarno-białe i w kolorze 2

    Przełom roku to nadal czas pandemicznej smuty . W większości nie ma na czym oka zawiesić, chyba żeby ten marazm wynikał z lenistwa będącego podstępnym i nieznanym dotąd działaniem wirusa. Niby tak, ale:

Possessor - Brandon Cronenberg. Fiksacje Cronenberga juniora nie są dalekie od ojcowskich obsesji. Jeżeli Tenet wydawał się Wam momentami psychodeliczny to Possessor nawet nie zakrywa tego udawaniem. Sensacyjna fabuła ubrana w kostium fantastyki bliskiej przyszłości wkracza sugestywnymi obrazami w czysty gatunkowo horror. Główna bohaterka (Andrea Riseborough) to pracująca na zlecenie tajemniczej organizacji skuteczna niesłychanie zabójczyni. Zlecone zadania wykonuje osobiście ale nie swoimi rękami. Brzmi skomplikowanie? I tak wygląda. Przed wykonaniem zadania, podłączona do urządzenia-interfejsu,  wchodzi (dosłownie) w ciało i psychikę wybranej osoby, która ma nieutrudniony dostęp do wybranej ofiary. Po jej zabiciu kolejnym jej zadaniem jest popełnienie samobójstwa a tym samym zatarcie śladów. Po kolejnym zleceniu coś się zacina i w zawodowej zabójczyni budzą się wątpliwości. Szalona opowieść o tożsamości, jej utracie i odzyskiwaniu siebie, którą trudno wyrzucić z głowy.

Kwiat szczęścia - Jessica Hausner. Delikatna wręcz poetycka opowieść nie tak odległa od Cronenbergowej wizji panowania nad ciałem i duszą. Gdzieś w laboratoryjnych halach przypominających ogrodnicze szklarnie uprawiane są rośliny, których kwiaty mają wydzielać zapach wywołujący u ludzi poczucie szczęścia. Jak większość filmowych eksperymentów i ten się udaje, i również wymyka spod kontroli. Ta lekka, często zabawna historia z surrealistyczną nutą o uzależniającej potrzebie szczęścia może być odczytywana na wielu poziomach. To z jednej strony fabuła inwazyjna, zostaniemy opanowani przez obcy gatunek z drugiej kameralny obraz społecznej samotności. Podane to z wdziękiem i specyficznym urokiem wspomaganymi  aktorstwem Bena Whishawa i Emily Beecham

Mank - David Fincher. Netflixowy kandydat do nagród chociaż rewelacyjnie stylizowany na epokę i opowiadający o kulisach powstania jednego z najsłynniejszych filmów - Obywatela Kane'a (1941 r.), jakoś nie porwał. Opowiada historię pisania scenariusza i przywraca należne miejsce jego twórcy Hermana Mankiewicza (Gary Oldman), istniejącego do tej pory w cieniu reżysera Orsona Wellesa. Taki los scenarzystów. Film jako lektura nadobowiązkowa dla studentów kierunków filmowych.

Malcolm i Marie - Sam Levinson. Zaskakująco dobre otwarcie roku na netflixie. Nieco teatralny, czarno-biały i w przeciwieństwie do Manka emocjonalnie angażujący chociaż podobnie opowiada o twórcy i jego muzie. To właśnie tytułowa para, Malcolm (John David Washington) i Marie (Zendaya). On zdobył tego wieczora nagrodę i uznanie za swój ostatni film, ona zaczyna mieć pretensje, że nie podziękował jej odbierając nagrodę. I się zaczyna, noc oczyszczenia, emocjonująca huśtawka nastrojów i wzajemnych żali. To film w filmie gdyż w trakcie tej kłótni poznamy i nagrodzony film, kulisy jego powstania a nawet kontekst kulturowy i krytykę wszechobecnej w branży politycznej poprawności. A także dużo miłości. Świetnie zagrane, mam nadzieję, że film będzie wszędzie wyróżniany. 


wtorek, 29 września 2020

Starman

 Lazarus - Jan Klata. Teatr Muzyczny Capitol, Wrocław 27.09.2020. Kiedy na początku 2016 roku kupowałem Blackstar, ostatnią płytę Davida Bowiego nie wiedziałem, że za chwilę nas opuści na zawsze. Ciało złamane chorobą opuściło nas fizycznie na szczęście jego duch zaklęty w dźwięk i obraz pozostał. Teraz z kolei dokonała się krajowa jego inkarnacja, można też powiedzieć, premierowy występ w Polsce. Na deskach Capitolu we Wrocławiu Jan Klata wyreżyserował musical Lazarus oparty na twórczości tego artysty i historii, którą miłośnicy sf znają z książki Waltera Tevisa - Człowiek, który spadł na Ziemię. Przede wszystkim to nawiązanie do filmu Nicolasa Roega z 1976 roku będącego ekranizacją powieści Tevisa. Bowie gra w nim tytułowego starmana, przybysza z gwiazd , który przybył na Ziemię by znaleźć sposób na ratowanie swojej planety. Przeciągający się pobyt na Ziemi zmienia go mentalnie, przybysz nabiera ludzkich cech i powrót na ojczystą planetę staje się coraz trudniejszy. Scena w Capitolu zamienia się w cały ten ziemski świat i zostajemy wciągnięci w intymną historię Thomasa Newtona (Marcin Czarnik). Jest ona opowiadana a raczej śpiewana piosenkami Dawida Bowiego. Lekko zmienione aranżacje znanych utworów świetnie wykonują aktorzy wrocławskiej sceny - wspomniany już Czarnik ale również Konrad Imiela, dyrektor teatru, który musiał zastąpić chorującego aktora grającego Valentine (Cezarego Studniaka) czy rewelacyjna aktorsko Girl - Klaudia Waszak. Od tytułowego Lazarus po Heroes a pomiędzy nimi This Is Not America, The Man Who Sold the World, Love is Lost, Changes, Absolute Beginners, Life on Mars?. A to nie wszystko. Całość układa się po części w historię miłosną, poszukiwanie sensu bytu, potrzebę zrozumienia czegoś innego, obcego, pogodzenia się ze swoimi ograniczeniami ale i wyjścia ze swojego kostiumu. Od strony technicznej bez jakichkolwiek zarzutów,  spektakl nie epatuje rozbudowaną scenografią, proste geometryczne bloki imitują pomieszczenia by za chwilę stać się ekranem dla feerii barw bądź wyświetlanych obrazów. Kostiumy dyskretnie informują o różnej ekscentryczności granych postaci i momentami przywołują postać samego Bowiego. W ogarnięciu całości pomagają wyświetlane nad sceną napisy angielskie. Muzycy towarzyszący aktorom zasługują na osobne słowa uznania.  Jest doskonały moment w czasie musicalu kiedy podnosi się sceniczna dekoracja i widzimy cały zespół, ubrany w białe kombinezony z czarną gwiazdą na piersi. Wielkie brawa. Zakończenie pozostawiło publiczność w chwilowym stuporze, można było nawet odnieść wrażenie jej zagubienia, ale gdy już do nas dotarło, że to jednak koniec aplauz był gorący i szczery. Biletów już brak.

czwartek, 27 sierpnia 2020

Kołowrót


Tenet - Christopher Nolan. Fajnie było wrócić po kilku miesiącach do sali kinowej. Jeszcze fajniej na film zapowiadany od dłuższego czasu jako tytuł otwarcia dla kin w tym trudnym dla biznesu rozrywkowego czasie. Komfortowo choć smutno było siedzieć w prawie pustej sali, rozdzielony z innymi widzami często rzędami foteli. Sam seans bardzo satysfakcjonujący. W pierwszym momencie, zaatakowany bardzo głośnym dźwiękiem, zrzuciłem to na karb dłuższej nieobecności w kinie i odwyknienia od mocnego systemu nagłośnienia. Jednak nie, ścieżka dźwiękowa filmu, szczególnie efekty dźwiękowe boleśnie uderzają w uszy. Ale tak ma być. Otwarcie filmu, wdarcie się sił specjalnych do okupowanej przez terrorystów kijowskiej opery, przypomina wręcz jakąś alternatywną wersję zdarzeń w moskiewskiej Dubrowce. Tutaj poznajemy głównego bohatera (John David Washington godnie kontynuujący rodzinną tradycję), agenta CIA. Przed nim jednak poważniejsze wyzwanie, będzie musiał zapobiec wydarzeniom, które mogą doprowadzić do zagłady świata. Jeżeli ten plot przypomina niebezpiecznie fabułę Bonda, to jesteście w domu. Pomimo ostrzeżeń o skomplikowanej fabule, niezrozumiałych dialogach, Nolan w gruncie rzeczy opowiada nam prostą historię szpiegowską z domieszką heist movie, gdzie do napadu użyto bardzo dużego samolotu (prawdziwego). Mamy tutaj bondowski z ducha czarny charakter, przerysowanego Rosjanina granego koncertowo przez Kennetha Branagha, piękną kobietę w osobie jego odrzuconej żony (Elizabeth Debicki, przyszła Lady Di w nowym sezonie The Crown) oraz pomocnika i kumpla (Robert Pattison). Mamy nawet kogoś na kształt Q (pani inżynier tłumacząca jak złapać kulę). Różnicą wobec bondowskiej przygody i narracyjnej naiwności staje się, że tak powiem, element temporalny. Zabawy z czasem to ulubiony zabieg Nolana (Memento, Interstellar, Dunkierka), w najnowszej odsłonie tej zabawy wręcz zapierają dech. A wszystko to nakręcone w sposób raczej analogowy bez epatowania sztucznie wyglądającymi efektami specjalnymi (to już znak firmowy tego reżysera). Żałować można jedynie, że film trafił w tak paskudny dla publicznych seansów czas, to idealne wręcz letnie kino. Nie bójcie się obejrzeć. 

wtorek, 21 lipca 2020

Refleksy #38

Na ringu z rodziną - Stephen Merchant. Wrestling to bardzo filmowy sport, nie tylko dlatego, że walka oparta jest na zaplanowanym scenariuszu. W kinematografii mamy przecież nagradzanego Wrestlera - Darren Aronofsky'ego ale i lżejsze body slam: Kibice do dzieła, Nacho libre i ikoniczne postaci tego sportu Mr. T, Hulka Hogana czy właśnie Dwayne'a "Rocka" Johnsona, który jako jedyny wyskoczył z tego ringu. Naprawdę fajna historia do tego oparta na faktach i bardzo dobrze obsadzona (Florence Pugh, Lena Headey, Vince Vaughn, czy też sam "Rock" oraz inni wrestlerzy i wrestlerki).
W deszczowy dzień w Nowym Jorku - Woody Allen. Im bliżej Wielkiego Jabłka tym filmy Allena lepsze. Co widać i czuć. Timothée Chalamet grający Allenem...
Mama - Xavier Dolan. Skomplikowane relacje między matka a jej dorastającym, nadpobudliwym synem. Podziwiam Dolana, młodego przecież człowieka, za jego twórczą konsekwencję, wrażliwość i umiejętność rozpoznawania różnych emocji.
W głębi lasu - polski serial dla Netflixa, komplementowany przez Harlana Cobena, twórcę tej historii, chociaż dobry realizacyjnie i obsadowo jest fabularnie słabiutki i nie dźwiga obiecanego napięcia. Niektóre rozwiązania wprost z kapelusza wzbudzają lekkie zażenowanie a łańcuch przyczynowo-skutkowy nie wiąże zbyt silnie fabuły. Z drugiej strony niespecjalnie odbiega od rozwiązań stosowanych przez pisarza w większości swoich powieści, w szczególności ulubionego motywu odnajdywaniu się po latach zaginionych ewentualnie przywracania do życia kluczowych dla akcji postaci.
Bliźniak - Ang Lee. Will Smith w podwójnej roli - super killera i młodszego siebie, który próbuje go zlikwidować. Fajny ale niewiele już pamiętam. W każdym razie, dzieje się...
5 braci - Spike Lee rozwiązuje kilka problemów na raz - opowiada wciągający buddy movies, opakowany w film wojenny ale i daje komentarz o zapomnianych weteranach przegranej wojny, pokazuje wreszcie akcję, jednak bardziej w typie przygody bliższej Złota dla zuchwałych niż Czasu Apokalipsy. Dla każdego coś dobrego.
Zabawa w pochowanego - Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett. Prawdziwa historia uciekającej panny młodej. Zabawne i angażujące, trzymanie kciuków za główną bohaterkę bardzo wskazane.
7500 - Patrick Vollrath. Porwanie samolotu relacjonowane tylko i wyłącznie z kabiny pilotów (Joseph Gordon-Levitt jako jeden z nich). Niby wiemy co się zdarzy ale trzyma w napięciu.
Perry Mason - stylowy, ale flegmatyczny gdyż w sposób wyrafinowany opowiada o pozornie prostym śledztwie, meandrując po Ameryce w czasach Wielkiego Kryzysu zaczynamy zapominać o zbrodni, której ofiarą stało się dziecko. Ale pewnie o to chodzi.
Pani Lowry i syn - Adrian Noble. Timothy Spall ponownie, po Panu Turnerze,  w biograficznym filmie o uznanym angielskim malarzu i jego trudnej relacji z matką
Bóg istnieje a jej imię to Petrunia - Teona Strugar Mitevska. Macedoński film o sile tradycji, uprzedzeniach i ich przełamywaniu. Młoda kobieta trochę z nudów ale i przypadku, trochę z przekory bierze udział w tradycyjnych, ze względu na kościelny rodowód i tylko męską reprezentację, zawodach polegających na wyłowieniu z rzeki krzyża rzuconego przez popa. Oczywiście wygrywa co powoduje melodramatyczne skutki, wręcz wstrząs dla systemu
Prodidgy - Nicholas McCarthy. Zaskakujące połączenie thrillera i horroru, które wychodząc fabularnie z ogranych juz tematów kilka razy może zaskoczyć i przestraszyć.
Policja i rasizm - Deon Taylor. Zmarnowana szansa na świetne kino, społecznie zaangażowane, bezpośrednio wręcz komentujące rasowy problem w USA, niuansujące, jak chce oryginalny tytuł, czarne i niebieskie (prawie jak u Stendhala).
Kin. Zabójcza broń - Jonathan Baker i Josh Baker. Familijna choć momentami zbyt brutalna opowieść o tym, że przemoc rodzi przemoc a pomóc może tylko super broń z innego świata.
W domu - miniaturki, impresje filmowe różnych polskich artystów powstałe w czasie i w związku z pandemicznym odosobnieniem. Jakość różna ale warte spojrzenia.
Godzilla II: Król potworów - Michael Dougherty. Dosyć anemiczne i mało angażujące starcie złych i dobrych potworów. I tak przegrywają one wszystkie z nędznym scenariuszem.
Zenek - Jan Hryniak. W galerii współczesnych produkcji TVP przypadkowo (?) zrealizowano całkiem sensowny film o IIIRP. Może nadal nie rozumiem fenomenu disco polo ale Zenek pokazał mi kawałek Polski.
Dark - kończące przygodę z tym serialem rozwiązanie przypomina nieco hokus-pokus  ale ostatecznie wygładza wszelkie fałdy prawdopodobieństwa, porządkując czas i przestrzeń. Ordnung muss sein.
Old Guard - Charlize Theron prawie jak atomowa blondynka, ale prawie czyni różnicę. Wydaje się próbą przed ciągiem dalszym w formie serialu.

sobota, 6 czerwca 2020

Refleksy #37

Tyler Rake: Ocalenie - Sam Hargrave. Netflixowy akcyjniak z niezłym tempem ale dosyć ogranym tematem. Chris Hemsworth jako najemny żołnierz wynajęty do uratowania porwanego dziecka narkotykowego bossa. Jako wartość dodana egzotyczne miejsce akcji (Indie, Bangladesz, Tajlandia).
Kafarnaum - Nadine Labaki. Dramat społeczny pokazujący życie w Bejrucie oczami dziecka. Wstrząsający w ukazaniu codziennej walki o przeżycie, ze świetnymi dziecięcymi rolami.
Truposze nie umierają - Jim Jarmusch. Jest kilka dobrych scen ale to najsłabszy film Jarmuscha. Dla plejady znakomitości zaludniających ten zombie świat.
Honey Boy - Alma Har'el. Na podstawie scenariusza i życia Shia LaBeoufa grającego tytułową rolę Słodziaka. Dziecko w trybach show biznesu pozbawione tak naprawdę oparcia w najbliższych. Trochę płaczliwy a i sam temat bywał już lepiej wygrany
Ból i blask - Pedro Alomodovar. Ponoć biograficzny ale jakoś tak bez pazura najlepszych fabuł Almodovara. Najbardziej bergmanowski i pretensjonalny film Hiszpana. Chyba, bo oglądałem go zbyt późną porą.
Zła edukacja - Cory Finley. Zgrabnie opowiedziana historia defraudacji publicznych środków. W USA to gorsze niż komunizm. Hugh Jackman i Allison Janney w roli defraudantów ujawnionych przez uczennicę ze szkolnej gazetki.
Prawdziwa historia gangu Kelly'ego - Justin Kurzel. Troche punkowy australijski eastern o legendarnym bandycie, w tej części Europy chyba niespecjalnie nas wzruszy.
Other Lamb - Małgorzata Szumowska. Zabicie mało świętego tryka albo bunt owieczek Pana. Szyta grubym ściegiem przypowieść o patriarchalnym świecie uplecionym z religijnych/katolickich korzeni i pędów. Zbyt naiwne i upraszczające, porywa jedynie zdjęciami irlandzkich plenerów (Michał Englert).
Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa - Maciej Kawulski grając w GTA podgląda Vegę i Pasikowskiego. Świetny Tomasz Włosok jako Walden bo przecież główny Bohater grany przez Marcina Kowlczyka ma zbyt poczciwą twarz. Dobre udźwiękowienie nie tylko przez użytą playlistę.
The Vast of Night - Andrew Patterson. Świetny debiut z Amazona, klimatyczne kino sf zakorzenione w zimnowojennych lękach lat pięćdziesiątych, przypominające takie klasyki jak Inwazja porywaczy ciał. Ale głównie pokazujący radiowe medium a tym samym cofające się wręcz do słuchowiska Orsona Wellesa - Wojna Światów, które sparaliżowało Amerykę. Pięknie przypomniane emocje szeptanych po zmroku opowieści o tajemnicach nie z tego świata. Urzeka prostotą i niedzisiejszą naiwnością, jednocześnie ożywia jeden z najtrwalszych mitów XX w., stając się tym samym wielowymiarową opowieścią o UFO. Kolejne, po Opowieściach z Pętli, miłe zaskoczenie.
Ukryta gra - Łukasz Kośmicki. Szachowy pojedynek rozgrywany w Warszawie. Walka wywiadów, w tle kryzys kubański, imperialiści i komuniści. Bill Pullman jako szachowy geniusz i Robert Więckiewicz jako dyrektor Pałacu Kultury i Nauki. Obydwie role zagrane w sposób nieoczywisty.
Grzesznik 3 - pozostając przy Billu Pullmanie zawiesiłem się na kolejnym sezonie tego ciekawego serialu.
After Life 2 - Ricky Gervais dalej dzielnie sobie radzi po śmierci żony a najlepiej radzi innym. W sumie drobi w miejscu ale niechybnie zmierza do kolejnej odsłony
To wiem na pewno - literacko rozwijana fabuła z podwójną rolą Marka Ruffalo, który naprawdę dwoi się i troi by ocalić siebie, brata i świat.
Siły Kosmiczne - Steve Carell jako generał (czterogwiazdkowy) tych sił i John Malkovich jako naukowiec mają za zadanie doprowadzić do powrotu Amerykanów na Księżyc będący stacją przesiadkową do dalszej ekspansji kosmosu. Bawi mnie bardzo ta słodko-gorzka komedia, cholernie aktualna i inteligentnie podana. Albo odwrotnie.

niedziela, 10 maja 2020

Refleksy #36


Szału nie ma, więcej się działo w serialach ale to już chyba taki trend, nie wynikający już nawet z tego, że zamknięto kina. Do tego nie bez uwag.
Ozark - trzeci sezon chyba okazał się lepszy fabularnie od swojego poprzednika i zdecydowanie wkracza w czwarty
Co robimy w ukryciu - przezabawny i oryginalny film Jemaine'a Clementa i Taika Waititi z 2014 r. kontynuowany jest w serialu, którego akcja przeniosła się do USA. Tym razem poznajemy losy wampirów z amerykańskiego Staten Islands w paradokumentalnej formule i niezwykle uroczej formie.
Devs - ostatecznie okazał się rozczarowaniem i nie przeskakuje wcześniejszych produkcji Alexa Garlanda. Meandrując między ograną kryminalną intrygą a próbą przedstawienia wizjonerskiego odkrycia, wręcz boskiego pierwiastka wykrzesanego przez kwantową maszynę, pozostaje jedynie przy tej próbie.
Westworld - drobi w miejscu i przeciąga niepotrzebnie swój finał kradnąc nam czas
Homeland - wysoką ocenę ostatniego już sezonu tej świetnej serii zaburza samo zakończenie, takie trochę z innej bajki ale rozumiem, że twórcom żal było zamykać te drzwi.
W sieroctwie po szpiegowskich opowieściach trafiłem na Faudę, izraelski serial w sensacyjny sposób opowiadający o trudnych relacjach między Żydami a Palestyńczykami. Momentami nieco melodramatyczny i nie tak solidny jak Nasi chłopcy ale i tak dobry.
Kierunek noc - europejska produkcja opierająca się na pomyśle ze Starości aksolotla Jacka Dukaja*. W filmowej wersji promieniowanie słoneczne zabija ludzkość. Grupa osób na pokładzie porwanego z Brukseli samolotu próbuje uciec pozostając w ruchu w strefie nocy. Dynamiczne chociaż dalekie od prozy Dukaja, dużo fabularnych mielizn i bohaterowie, których trudno polubić. Jednak sekunduję kontynuacji.
Dżentelmeni - Guy Ritchie'go najnowszy film to oczywista  kopia jego najlepszych filmów ale co z tego jak zrobił to w rewelacyjny sposób. Mogę być nieobiektywny bo i Aladyn mi się podobał.
Pierwszy reformowany - Paul Schrader. Ethan Hawk jako duszpasterz tytułowego Kościoła próbuje pomagać swoim owieczkom sam grzęznąc w problemach. Jednak głos przeciwko życiowym ekstremizmom.
Zew krwi - Chris Sanders. Wszyscy narzekali, że Buck, pies który poczuł zew, jest figurą CGI jakby nie zauważając, że praktycznie cały film został stworzony komputerowo. Jak większość z Londona, krzepiące
Bad Boys. For life - Adil El Arbi i Bilall Fallah. Za starzy by się nudzić. Will Smith (Mike Lowery) i Martin Lawrance (Marcus Burnett) po latach powracają jako duet skazanych na siebie policjantów. Udowadniają, że stara szkoła nadal nie jest staromodna.
Człowiek, który zabił Hitlera i Wielką Stopę - Robert Krzykowski. Bardzo lubię patrzeć jak gra Sam Elliot. Może to spokój, którym emanuje a może tembr głosu sprawiają, że filmy z jego udziałem dostają u mnie punkt więcej do oceny. Jednak trochę niedoceniony film o złożonej na ołtarzu Historii miłości.
Spiderman: Daleko od domu - Jon Watts. Europejskie wakacje Petera Parkera wyglądają prawie jak w krzywym zwierciadle. Restart serii z Tomem Hollandem ogląda się jak zwykle bardzo dobrze.
Platforma - Galder Gaztelu-Urrutia. Hiszpański dystopijny thriller wyglądający jak połączenie Cube z Snowpiercer przypomina bardziej niedawną ekranizację J.G. Ballarda - High-Rise (Wieżowiec). To brutalna przypowieść o klasowych nierównościach, w które wpędzamy się często sami
Laleczka - Larsa Klevberga to nowa wersja Laleczki Chucky z 1988 r. Chwalą za umiejętne żonglowanie klimatem i uwspółcześnieniem tej historii. Może i tak, mnie nadal zadziwia, że ktoś chciałby kupić tak okropną lalkę
Przeczytane w tzw. międzyczasie
Żywego ducha - Jerzy Pilch. W tym charakterystycznym czasie przypomniałem sobie o tej niewielkiej książeczce i zajrzałem do niej szukając praktycznych rozwiązań w poradnikowym stylu "Jak przetrwać w..." Jednak nie znalazłem. Pomysł jest tyle wyśmienity co już eksploatowany. Główny bohater pozostaje na świecie sam. W jego otoczeniu, bliższym i dalszym, jak w tytule, żywego ducha. To alter ego pisarza, więc już człowiek niemłody, doświadczony, mający co wspominać i czego żałować. Proza refleksyjna, trochę rozliczeniowa, z bohaterem wspominającym wiek męski-zwycięski w stylu inteligentów z filmów Marka Koterskiego.
Nasze imię Legion, nasze imię Bob - Dennis E. Taylor. Fantastyka na tyle dowcipna, że pomimo science (sondy von Neumanna) przypomina stylem i lekkością Harry Harrisona. Główny bohater po swojej nagłej śmierci budzi się po latach do życia jako zdigitalizowany umysł mający wspomagać funkcjonowanie SI. W wyniku wrodzonej inteligencji, umiejętności analizy i nauczania szybko awansuje w nowej rzeczywistości. W tłumaczeniach cześć druga i bodajże trzecia.
Na posterunku - Jan Grabowski. W podtytule - Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów. Wstrząsające świadectwo nie tylko kolaboracyjnego charakteru tej formacji ale i społecznego antysemityzmu będącego normą a nie wyjątkiem w okupowanej Polsce.

* arcyciekawy esej Jacka Dukaja w ostatnim Magazynie świątecznym Gazety Wyborczej - Tak wymienia się rdzeń duszy o tym, że kryzysy takie jak ten obecny, związany z pandemią, to więcej szans niż zagrożeń dla ludzkości

niedziela, 12 kwietnia 2020

Zapętlony świat

Plakat reklamowy
Tales from the Loop - Tytułowa Pętla to zakład doświadczalno-teoretyczny usytuowany w mieście Mercer, niewielkiej osadzie gdzie wszyscy wydaje się znają i starają się nie interesować życiem innych. Mercer chociaż ulokowane jest gdzieś w USA urodą przypomina Skandynawię a czas, którym operuje są wczesne lata osiemdziesiąte. Nie jest to przypadkowe gdyż serial Amazona oparty jest na obrazach Simona Stalenhaga, szwedzkiego malarza i ilustratora, który łączy w swoich wizjach różne światy. To malarstwo podobne do tego jakie na naszym gruncie uprawia chociażby Jakub Różalski (w tym np. antologia Inne światy inspirowana jego obrazami). Stalenhag połączył design, modę i przedmioty z lat 70/80 ub.w. z artefaktami kojarzącymi się z przyszłością ale taką do wyobrażenia w drugiej połowie XX wieku. Efekt jest zachwycający nie tyle dzięki tej graficznej pomysłowości (proszę zapoznać się z jego projektem Electric State) ale połączeniu jej z tytułowymi opowieściami  o wpływie Pętli na mieszkańców Mercer. To melancholijne i liryczne sf przywołujące, z jednej strony radziecką fantastykę w typie opowieści  Kira Bułyczowa czy braci Strugackich a z drugiej, fantastykę amerykańską w duchu opowiadań Raya Bradburego. Może Mercer nie jest Wielkim Guślarem, jednak brak tu charakterystycznego dla Bułyczowa poczucia humoru, to jednak staje się miastem partnerskim swojego radzieckiego odpowiednika. Poetyckość, niespieszne tempo, czułość z jaką twórcy obdarzają swoich bohaterów wymaga od nas uruchomienia większej niż zazwyczaj cierpliwości ale i wrażliwości. Każdy z ośmiu odcinków buduje własną historię częściowo jedynie powiązaną z kolejnymi odcinkami. Całość zamyka klamra, która łączy wszystko tak jak chciałaby tego Pętla. Świat, który poznaliśmy wzbudza nasz niedosyt, pokazane zostały nam jedynie jego fragmenty, do tego wiele z nich jest nadal dla nas niezrozumiałych. Mam nadzieję na kontynuację, dla zapaleńców pozostaje jeszcze RPG w świecie Pętli.

niedziela, 29 marca 2020

Refleksy #35

Na noże - Rian Johnson. Detektyw Blank, bohater w typie znanym ze staroświeckich powieści kryminalnych, próbuje ustalić kto przyczynił się do śmierci bogatego nestora rodu. Okazuje się, że każdy z rodziny mógł mieć motyw. Film był chwalony za sposób prowadzenia intrygi i obsadę ale czułem się lekko zmęczony widząc w nim jedynie podróbę stylu vintage.
Kursk -Thomas Vinterberg. Trochę zbyt dziennikarska próba rekonstrukcji wydarzeń związanych z katastrofą rosyjskiego okrętu podwodnego w 2000 r. Szkoda, że po prawie dwóch dekadach... 
Wilcze echa - Abel Lanzac. Również podwodniacka opowieść, taka francuska wersja Karmazynowego przypływu, Tony'ego Scotta. Z zaskoczeniem przypomina nam, że Francja to mocarstwo atomowe i nadal potęga morska (o terytoriach zamorskich nie wspomnę).
Godzina wilka - Alistair Banks Griffin. Intrygująca opowieść o pisarce (Naomi Watts)  uwięzionej w swoim mieszkaniu przez falę upału zalewającą Nowy Jork i własne lęki. 
W lesie dziś nie zaśnie nikt - Bartosz M. Kowalski. Po reżyserze, który ma na swoim koncie świetny Plac zabaw, nie spodziewałem się takiego kina gatunkowego, do tego gatunku naszej kinematografii całkowicie obcemu. Próba slashera wyszła zadowalająco chociaż jej główną wadą jest szmieszkowatość oraz braki dyscypliny w żonglowaniu motywami i większej regionalnej oryginalności. 
Niewidzialny człowiek - Leigh Whannell. To prawie remake Sypiając z wrogiem, Josepha Rubena  z 1991 r. Dobry klimat, właściwie rozplanowane napięcie, jedno lub dwa zaskoczenia. Szkoda tylko, że Elisabeth Moss grzęźnie w takich przemocowych rolach.
Ja teraz kłamię - Paweł Borowski. Ciekawy wizualnie - jakby skrzyżowanie Seksmisji z Radio Ga Ga (a więc i głębsze implikacje), fajnie obsadzony ale kompletnie nie wiem o czym był. Media kreujące rzeczywistość? 
Toy Story 4 - niekończąca się historia w czwartej odsłonie, takiej na trzy z plusem. Widać wyraźnie, że stare zabawki są zmęczone a nowe, no cóż, to śmieci.
Underwater - William Eubank. Permanentna zrzyna z Obcego, z Kristin Stewart nawet zrobioną na Ripley. Zamiast kosmosu oceaniczna głębia gdzie na 11 kilometrach zaczyna się strach. Film ratuje tempo i nie przedłużany koniec. 

Picard - z nostalgii za Star Trekiem Michael Chabon umożliwił Amerykanom powrót czołowego bohatera Gwiezdnej Floty. Akurat Picard jest silnie irytującą osobowością ale żeby stworzyć 10, nie tanich przecież, odcinków celem przybliżenia jego relacji z Datą? No cóż, przynajmniej dowiedzieliśmy się o czym marzą androidy. 
Dziki Bill - serial zaskakująco przyjemny, z dawno nie oglądanym Robem Lowe - amerykański policjant przeprowadza się do Wielkiej Brytanii i zaczyna pracę komendanta w angielskiej policji. Podwładni są przekonani, że pojawił się tylko po to by dokonać cięć finansowych i redukcji etatów. Ale zbrodnie i wykroczenia tego nie wiedzą.
Hunters - Al Pacino jako Żyd kierujący komandem tropiącym nazistowskich zbrodniarzy. Jako, że akcja rozgrywa się gdzieś w latach siedemdziesiątych to roboty mają sporo. Całość w takiej komiksowo-Tarantinowskiej konwencji. Całkiem odmiennie niż Maratończyk Johna Schlesingera.
Devs - serial spod ręki Alexa Garlanda (Ex Machina) po pięciu odcinkach, wydaje się, nie odkrył jeszcze wszystkich kart. Nic tylko oglądać.
Rodzice -  jak w tytule, niełatwe relacje, sarkastyczny humor. O tym, czym nie lubimy się chwalić a bez czego nie ma życia. Prawdziwe aż boli.
Homeland - szkoda, że to ostatni sezon tej doskonałej serii. 

Chociaż większość filmów, które ostatni obejrzałem rozgrywa się w zamkniętych lub ograniczonych przestrzeniach, w klaustrofobicznej, ciężkiej atmosferze (rodzina, która w wyniku śledztwa nie może opuścić domu, okręty i stacje podwodne, neurotyczna lokatorka, niewidzialny wróg, pudełko z zabawkami) to jednak jest to przypadek. Nie przypadkiem natomiast obejrzałem a raczej powtórzyłem po latach Epidemię strachu (Contagion) - Stevena Soderbergha. Realizm tego filmu  w odniesieniu do dzisiejszej sytuacji na świecie skutecznie zniechęcił mnie do sięgania po inne apokaliptyczno-pandemiczne tytuły.

niedziela, 16 lutego 2020

Nieszczęsne wydarzenia

Zdjęcie własne
Relacja Arthura Gordona Pyma z Nantucket - Edgar Allan Poe. Jest taka mądrość ludowa ubrana w sentencje przez Arystotelesa, że są trzy rodzaje ludzi - żywi, martwi i tacy co wyruszyli w morze. Gęsty tekst nie rozcieńczony jakimkolwiek dialogiem w nowym tłumaczeniu Tomasza Kłoszewskiego ("relacja" w tytule zastępuje wcześniejsze "przygody" i jakby przywraca właściwy ciężar opowieści) z posłowiem Tomasza Gałązki. Pym za namową przyjaciela Augustusa dostaje się w tajemnicy na statek wielorybniczy wypływający gdzieś w odległe rejony Pacyfiku. Zanim ujawni swoją obecność na statku dochodzi na nim do niewyobrażalnych okrucieństw a ci, którzy przeżyją bunt staną w obliczu własnego szaleństwa oraz trwogi w konfrontacji z morskim żywiołem. 
Jedyna powieść Poe stylizowana na prawdziwą relację z podróży (zapis której, jak wyjaśnia przedmowa, został przywłaszczony i częściowo wcześniej opublikowany jako fikcja przez redaktora Poe) nie zdobyła uznania w czasie swojej premiery i tak naprawdę zniechęciła Edgara Allana Poe do tworzenia dłuższych form literackich. Pozostał z korzyścią dla nas, czytelników przy opowiadaniach, które są, przy całym szacunku dla powieściowego debiutu, sprawniejsze literacko. Niemniej ta jedyna powieść z czasem zaczęła żyć własnym życiem stając się inspiracją dla innych twórców i bywa wspominana jako jedno ze wspanialszych dzieł literatury amerykańskiej. Oprócz tych wspomnianych w posłowiu dzisiejsza recepcja przywołuje chociażby Terror Dana Simmonsa. Oczywiście podobieństw tych nie przywołuje sam marynistyczny sztafaż, takich opowieści jest przecież znacznie więcej, a raczej atmosfera jak z koszmarnego snu doprawiona pozornie wytłumaczalną niesamowitością a pośród tego człowiek próbujący oswoić nieznane. Owszem to co znamy jako późniejszy gotycki element twórczości Poe przeplatane jest narracją edukacyjno-naukową opisującą chociażby  geografię istniejących miejsc  i napotkaną faunę. Stając się kroniką tej wymuszonej podróży przybliża proces odkrywania lądów mniej lub bardziej znanych zwykłemu czytelnikowi. Te mniej znane lub jeszcze nieodkryte Poe wypełnia naiwnym mistycyzmem i grozą mającymi potęgować wrażenia ówczesnego odbiorcy. Całość drukowana była w gazetowych odcinkach, jak się wydaje po błędach w ciągłości fabularnej, pisanych na bieżąco a zakończenie pozostaje niespodziewanie urwane i otwarte na dalsze spekulacje. 

poniedziałek, 10 lutego 2020

Refleksy #34

Mistrzowie - Javier Gutierrez. Przesympatyczny hiszpański komediodramat o trenerze skazanym na szkolenie drużyny niepełnosprawnych (naturszczycy). Uciekając od pretensjonalności i politycznej poprawności, bawi i uczy.
Monument - Jagoda Szelc. W swoim drugim filmie pomaga, skutecznie, obronić dyplom biorącym w nim udział młodym adeptom sztuki aktorskiej. Obraz nie ma jednak tej sił co jej debiut, Wieża. Jasny dzień. Może przez to, że zaczyna się w miejscu, w którym tamten się kończył, co zbyt szybko staje się widoczne. Nieważne, film przykuwa uwagę i świadczy o dużym talencie reżyserki. Myślę, że kogoś z dyplomantów/-tek również jeszcze zobaczymy.
X-Men. Mroczna Phoenix -Simon Kiknberg. Zaskakująco spójne fabularnie, chociaż, nie ukrywajmy, brak Wolverina w tej serii bywa odczuwalny.
Fuga - dyskutowano swego czasu o znaczeniu takiego tytułu powieści Wita Szostaka. Tutaj podobnie możemy odkrywać znaczenia tego terminu. Dla mnie pozostanie tą chwilą w której znaleźli się bohaterowie, krótko zjednoczeni w rodzinę. Historia kobiety, która zaginęła i straciła pamięć a po dwóch latach, trochę wbrew sobie, zostaje przywrócona do odgrywanych wcześniej ról. Aktorsko dobrze zagrane przez parę Gabriela Muskała -  Łukasz Simlat.
Doktor Sleep - Mike Flanagan. O ile film nawet się broni jako kontynuacja Lśnienia Kinga to pokazuje jednocześnie jak boleśnie różni się od Lśnienia Kubricka.
Le Mans'66 (Ford vs. Ferrari) - James Mangold. O tym jak Ford chciał utrzeć nosa Ferrari i wygrać 24 godzinny wyścig w Le Mans. Popis dwóch facetów - Matta Damona i Christiana Bale'a. Szybcy i wściekli, wersja dla dorosłych.
Jojo Rabbit - Taika Waititi. Film ten mógł nakręcić jakiś młody, zdolny Niemiec o lekko brzmiącym nazwisku, na przykład Schmetterling. Na całe szczęście jest to film gościa z Nowej Zelandii, którego imię i nazwisko kojarzy się z surfowaniem na Hawajach. I chyba tylko dlatego forma i treść nie są irytujące. Oprócz popełnienia tego filmu zagrał w nim Adolfa Hitlera, wyimaginowanego przyjaciela tytułowego dzieciaka, zindoktrynowanego niemieckim narodowym socjalizmem młodego nazisty, który odkrywa, że w jego domu ukrywa się Żydówka. Jak ta historia się skończyła, wszyscy wiemy ale jest parę zaskoczeń.
Nieoszlifowane diamenty - bracia Safdie. Adam Sandler, wcale nie tak odległy od swoich dotychczasowych ról, rewelacyjnie za to wyreżyserowany, gra powiedzmy "jubilera", handlarza biżuterią, nieortodoksyjnego Żyda uwikłanego w skomplikowane relacje uczuciowe i biznesowe. Nieustanne lawirowanie między wierzycielami i uzależnienie od hazardu stają się próbą oszukania fatum. Nerwowy rytm filmu wygląda i brzmi jak puls Nowego Jorku, angażuje i trzyma nas za gardło.
Za nami świetna Watacha, która w trzecim, ostatnim sezonie zgrabnie domyka wcześniejsze wątki a przed nami finałowy sezon Homeland. Oby się działo. Ponadto: Drakula - netflixowa produkcja od twórców Sherlocka (Gatiss&Mofat) próbuje się w charakterystyczny dla niego sposób oderwać od legendy oryginału. Momentami się to nawet udaje. Najlepszy robi się w trzecim odcinku ale wtedy się kończy.  Outsider - bardzo udana ekranizacja powieści Kinga, w oglądaniu której nie przeszkadza nawet znajomość książki. Strefa mroku - nowa wersja popularnego serialu w narracji Jordana Peele'a uwspółcześnia jedynie trochę te staromodne historie. Nowy papież - Tytuł "Dwóch papieży" był już zajęty. Dramatis personae uzupełnia Malkovich, grający jak nigdy. Uczta dla ducha, ciała na ołtarzu. Sorrentino powinien dostać honorowe obywatelstwo Watykanu i jakąś tajną ale ważną nagrodę od Kościoła katolickiego. Za rzucenie koła ratunkowego w najbardziej oczekiwanej chwili.
Rojst - nieobejrzany przeze mnie do teraz serial-sierota po Showmaxie, mea culpa, na szczęście adoptował netflix. Świetna realizacja i duet Seweryn-Ogrodnik nie pozwalają oderwać się od ekranu. PRL noir, zagadkę śmierci prominentnego aparatczyka i prostytutki rozwiązują dziennikarze lokalnego Kuriera. Ładnie odmalowane realia epoki nie tak dawno minionej, muzyka i aktorzy w rolach drugoplanowych. Klimatem i zdjęciami przypomina Nieświadomych, niedawną czeską produkcję dla HBO. Jeszcze Babilon Berlin, który będzie moim odnośnikiem do przyszłych ekranizacji prozy Szczepana Twardocha.

Oskary już za nami i bez większych zaskoczeń. Parasite pozamiatał, mógłby oddać chociaż jedną figurkę Bożemu Ciału. Joaquin Phoenix the best, Brad Pitt i Laura Dern, mając na uwadze ich dorobek, dostali w sumie nagrody pocieszenia, 1917 i Le Mans'66 jedynie z nagrodami technicznymi.Taki rok.

sobota, 25 stycznia 2020

Suplement

Plakat filmowy. Zdjęcie własne
1917 - Sam Mendes. To doskonałe uzupełnienie wcześniej opisanych filmów ale przede wszystkim dzieło autonomiczne o silnej antywojennej wymowie, pokazujące dramat wojny, pomimo konkretnych ram czasu i miejsca, jakby w oderwaniu od historii. Uniwersalizując opowieść o piekle wojny, jej szaleństwie Mendes prowadzi nas przez okopy IWŚ ale to mogłyby być pola bitewne jakiejkolwiek wojny. Fabuła jest wręcz pretekstowa - dwóch młodych żołnierzy otrzymuje rozkaz dotarcia do odciętego batalionu by zapobiec pułapce jaką szykuje wróg. Nieco questowo brniemy z nimi przez pole bitwy, transzeje, leje po bombach, zapadając się w błocie i zabitych ale również przez opuszczone sady i pola w wiosennym rozkwicie. Całość nakręcona jak jedno ujęcie przypomina filmy Alejandro Gonzáleza Iñárritu ( Birdman, Zjawa) i jest wizualnie zjawiskowa. Napięcie podkreśla znakomita muzyka Thomasa Newmana i gra młodych aktorów. 1917 jest w dobrej wierze ale trochę błędnie porównywany do Szeregowca Ryana. To raczej krajobraz po bitwie niż pełny batalistyki obraz Spielberga. Jedyna batalistyczna scena angażująca tłum statystów pojawia się pod koniec filmu i staje się jedynie tłem, polem walki, które musi przeciąć główny bohater. Przez większość czasu żołnierze w swojej masie to postaci czekające (w okopach, lesie, ruinach) na swoje przeznaczenie Tą kameralnością, skupieniem na żołnierzu, przypomina bardziej niedawną Dunkierkę. Podobnie jak u Nolana znani aktorzy graja epizody co tworzy świetny efekt naturalności. Czy to film roku? Na razie zdobywa silne nagrody i wyróżnienia. Z pewnością wpływ na to ma techniczna maestria obrazu, pacyfistyczne przesłanie w czasach napięć, które mogą mieć wpływ na globalne bezpieczeństwo a także odwołanie się przez reżysera do rodzinnej biografii dziadka, uczestnika i świadka tej wojny. Na marginesie pozostają pytania dlaczego twórcy tak rzadko, w porównaniu do IIWŚ, sięgają do historii Wielkiej Wojny i dlaczego ostatnie o niej filmy to jedynie brytyjskie spojrzenie.

wtorek, 7 stycznia 2020

Casus belli

Nigdy się nie śmieję z toastu "za pokój na świecie", czasami sam go szczerze wznoszę wierząc, że wojna jaką znam z literatury, filmów a współcześnie co najwyżej z przekazów medialnych relacjonujących lokalne konflikty, nigdy nie stanie się moim, mojego świata doświadczeniem.
Pierwsza wojna światowa zwana w Europie Zachodniej jako Wielka Wojna jest raczej nieobecna w polskiej martyrologii. Jej zakończenie 11 listopada 1918 r. kojarzy się głównie z odzyskaniem przez nasz kraj niepodległości, długotrwale utraconej państwowości i narodzinami legendy dwudziestolecia  międzywojennego. We Francji to wręcz traumatyczny okres historii, czas utraconego pokolenia, przetrącenia społecznego i kulturowego kręgosłupa. W Paryżu wielkie wrażenie wywiera mur cmentarza Pere Lachaise, który od strony ulicy jest tak naprawdę długą na kilkaset metrów tablicą upamiętniająca ofiary tej wojny.
zdjęcie własne
W kontekście niespodziewanego zdobycia Złotego Globu przez 1917 w reż. Sama Mendesa (w kategorii najlepszy film dramatyczny gdyż zastosowano sprytny zabieg wyłaniając drugi najlepszy film, tym razem w kategorii komedia - Dawno temu w Hollywood , Quentina Tarantino), niespodziewanego gdyż film do szerokiego rozpowszechniania trafia dopiero w co rozpoczętym 2020 roku (u nas pod koniec miesiąca) a przez to niemożliwości jego oceny, przygotowując się na seans warto obejrzeć:


plakat  filmowy
I młodzi pozostaną - Peter Jackson. Świetnie zrealizowany pod względem technicznym (dźwięk, montaż, kolor) fabularyzowany dokument oparty na świadectwie brytyjskich uczestników walk w Europie. Jackson korzystając z filmów z epoki dokonał ich montażu pokazując kolejno drogę brytyjskiego żołnierza od poboru, szkolenia przez walkę na śmierć i życie aż po koniec wojny i powrót do domu. Do głosów opowiadających swoja historię żołnierzy dodał dźwięki doskonale zsynchronizowane, zgodne z obrazem. Ten początkowo biało czarny w momencie jak trafiamy z rekrutami na front zamienia się w film kolorowy, momentami przypominając współczesną wojenną produkcję. Swoista dolina niesamowitości.



plakat filmowy


Kres drogi - Saul Dibb. Równie wstrząsająca aczkolwiek fabularna opowieść o wojennej rzeczywistości gdzie cały dramatyzm wynika z tego, że pozostajemy wraz z jej bohaterami w okopach. Ta wojna pozycyjna przynosi prawdziwą grozę, odziera wojnę z jej fotogeniczności i traktowania jej jako przygody. Przekonująco zagrany z trafnie dobranymi aktorami, przejmujący szczególnie, że opowiada o kilku dniach ostatnich miesięcy wojny, zwykłych ludzi skazanych na wojnę.

niedziela, 29 grudnia 2019

Refleksy #33

Maria, królowa Szkotów - Josie Rourke. W cieniu Faworyty ale nie na całkiem straconej pozycji. Scenariusz momentami chaotyczny, ufający zbyt bardzo w znajomość historii u widza. Rewelacyjne we współczesnych odniesieniach, krążące wokół brexitu i możliwej secesji Szkocji, opowieść o lojalności, nie tylko rodzinnej. Popis Saoirse Ronan i Margot Robbie.
Eskorta - Peter Berg. Mark Wahlberg jako agent CIA przewożący ważnego informatora. W oryginale Mile 22 to dystans, który musi pokonać przez miasto do lotniska co nie będzie oczywiście łatwym zadaniem. Już było ale ogląda się dobrze.
Irlandczyk - Martin Scorsese wraca z chłopcami z ferajny a zdania co do tego powrotu są podzielone. Historia "szorstkiej przyjaźni"  cyngla mafii Franka Sheerana z Jimmim Hoffą to nostalgiczna podróż do świata, którego już nie ma od dwóch dekad. Świat ten skończył się przecież wraz z premierą Rodziny Soprano.
To. Rozdział 2 - Andy Muschietti. Podzielenie opowieści Kinga na dwa filmy z roczną przerwą między nimi, mając na uwadze dorastanie jej bohaterów, tylko pozornie miało sens. O ile jeszcze lęk dzieciaków przed klaunem wzruszał, trauma dorosłych już bohaterów tylko irytuje. Męcząco długi rozdział.
Alita: Battle Angel - Robert Rodriguez. Aktorsko-animowana produkcja ma w sobie taką fabularną lekkość, której zabrakło Playerowi One (jednak to nie tak różne od siebie historie).
Źle się dzieje w El Royale - Drew Goddard. Grupa przypadkowych osób spotyka się w hotelu na granicy dwóch stanów. Klimatyczne kino przypomina nieco Tożsamość, Jamesa Mangolda z 2003 r.
Nazywam się Cukinia - Claude Barras. Daleka od naiwności, interesująca animacja - tak pod względem technicznym jak i fabularnym - szwajcarski kandydat do Oscara w 2017 r. Mądrze pokazująca dzieci w nietypowym dla nich środowisku - domu dziecka. Happy end jest dla nich, cała reszta dla nas.
Dwóch papieży - Fernando Meirelles. Ciepły film o spotkaniu papieża Benedykta XVI z kardynałem Borgoglio czyli jego następcą, przyszłym papieżem Franciszkiem. W nieco teatralnej konwencji (całość praktycznie opiera się na rozmowie między nimi) poruszamy kwestię jakości i przyszłości Kościoła, jego grzechów i zaniechań i przede wszystkim odpowiedzialności za niego. Koniecznie powinni go poznać przyszli duszpasterze. W rolach tytułowych Anthony Hopkins i Jonathan Pryce. 
Historia małżeńska - Noah Baumbach. Scarlett Johanson oraz Adam Driver jako robiące karierę artystyczne małżeństwo w chwili rozpadu, poprzez syna rozdarte miedzy Nowym Jorkiem a Los Angeles, zawierzające swój los prawnikom nie znającym słowa kompromis i nie stosujących mediacji. Baumbach to filmowe dziecko Woody Allena co widać, słychać i czuć.
Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie - J.J. Abrams. Chciałoby się powiedzieć uff, w końcu, nareszcie. W symptomatycznym dla chaosu naszych czasów stylu, kończy się saga rozpoczęta cztery dekady temu. Kawał czasu. Co prawda pozostają jeszcze różne Łotry,  Solo odpryski i Mandoliniarze ale przez krótką chwilę po seansie miałem nadzieję, że ostatecznie opuściliśmy już tak dobrze poznaną galaktykę z jej nieśmiertelnym leitmotivem "A long time ago, in a galaxy far, far away". Co jest martwe niech pozostanie martwe. Ale przecież wiemy, że kasa się musi zgadzać i Moc przez następne dekady pozostanie z nami a choćby i przeciw nam.
Wiedźmin - a sprawa polska, chciałoby sie dodać. Od dawna nic tak nie poruszyło internetu jak netflixowa ekranizacja prozy Andrzeja Sapkowskiego. No to obejrzałem. Nie czuję się zdruzgotany, obejrzałem wszystko z dubbingiem ciesząc się z polskiego głosu Geralta. Słowa "Grosza daj Wiedźminowi, sakiewką potrząśnij" Netflix powinien przyjąć jako kierowaną do niego uwagę gdyż bez budżetu ten serial zacznie przypominać nasz oryginał z 2001 r. Ogólnie podobało mi się tak jak Sezon burz, z powieści której szczerze się cieszyłem*. Mam nadzieję, że sukces Wiedźmina uszczęśliwi na tyle Andrzeja Sapkowskiego, że przestanie pozować na Salingera i odkurzy co nieco.

* Sezon burz -  Andrzej Sapkowski. Wcale nie uważam, że Metallica skończyła się na Kill’Em All. Zauważając w sieci wielkie poruszenie faktem oczekiwanej przez wielu, aczkolwiek niespodziewanej, rezurekcji Geralta z Rivii, skuszony rozbieżnymi ocenami jego najnowszych przygód i kondycji twórczej barda AS-em zwanego i ja sięgnąłem po tom tej historii. Aczkolwiek fantasy obecnie, także młokosem będąc, nie chłonę, uważając ten rodzaj fantazjowania jedynie za krotochwilną rozrywkę, ucieszyłem się z powrotu introwertycznego bohatera. Boć on nasz. Jedyny, markowy, rozpoznawalny niczym Lem (pisarz nie satelita) w świecie, szczególnie wirtualnym, gdzie na szczęście przysłonił nieszczęsną fabularyzację,  choć nie wyzwolił z bielactwa aktora go odgrywającego. To nasz X-men  i każdy inny man chcący być super. Popkulturowo kosmopolityczny ale i swojski -  ludową chytrością, wieszczą prekognicją i społecznym nihilizmem.  To zmutowany w jedno Janosik i Mały Rycerz,  to Bourne po Hogwarcie i średniowieczny Bond. Tak naprawdę to on zabił Wilka i uratował Czerwonego Kapturka i jej Babcię. Przestając już opowiadać głupstwa, w konkluzji do świetnej lektury muszę ze smutkiem stwierdzić - będę tęsknił. Chociaż co do tego nie panuje powszechny konsensus –  powrót Wiedźmina uważam za spektakularny i podziwu godny*. I mam śmiałość być przekonanym, że spisujący wiedźmińskie aventury miał taką samą zabawę jak ja, czytając. Pomimo grubych ściegiem szwów (czasami się brzydko rozłażących) oraz błyskom i grzmotom burz rozdzielających tę mozaikę przygód. Czas oczekiwać więcej wierząc, że AS w szufladach ukrywa niejedno. Va’esse deireadh aep eigean, va’esse eigh faidh’ar,  po ludzku - show must go on.
*Jak na fantasy zadziwiająco wiele w Sezonie burz znajdujemy science. Magii tu bliżej fizyce i chemii praktycznej a w idei transhumanizmu zbliżył się autor wręcz do zarysu  biotechnologii nad którym zadumać mógłby się Jacek Dukaj. I to ekstraordynaryjne językowe pomieszanie nowoczesności z tym co nowoczesnym już nie jest.

sobota, 14 grudnia 2019

Czarno-białe i w kolorze

Plakat filmowy. Materiał reklamowy
High Life - Claire Denis. Egzystencjalne sf, owoc współpracy wielu podmiotów (duży wkład tych z Polski) jako przykład kina spoza głównego nurtu z wyrazistą i konsekwentną fabułą, której leniwe tempo i narracyjne skoki, determinują niesprawiedliwie niskie notowania w filmowych oceniarkach. Rozleniwieni wakacyjnymi blockbusterami, kolorowym kinem komiksowych herosów i  kolejnymi inkarnacjami Gwiezdnych wojen, w takich filmach jak Interstellar czy Ad Astra szukamy niezbędnej równowagi dla tradycji kina fantastyczno-naukowego widząc w nich nowe Solaris czy Odyseję kosmiczną. Claire Denis nie zostanie nowym Kubrickiem czy Tarkowskim ale opowiadana przez nią historia jest co najmniej intrygująca, niebanalna i po złożeniu rozsypanych elementów wracająca do elementarnych dla sf pytań. Pytań o kondycję człowieka, jego przyszłość i ewolucję jego świata, etykę i moralność korporacyjną i jednostki. W humanistycznym rozumieniu ludzkiej niedoskonałości dostrzega wręcz religijny aspekt poświęcenia i odkupienia. Nie unika przy tym szczerych, brutalnych scen atakujących nasze zmysły, epatowania seksualną drapieżnością żyjących w zamknięciu ludzi, przymusowej wręcz prokreacji, która ma być naszym zbawieniem. Ilustrując niewyczerpaną ilość wariantów dylematu wagonika. Oto grupka młodych osób, które na Ziemi popełnili kryminalnej natury występki, bardziej nieprzystosowani socjalnie niż z natury źli, w zamian za uwolnienie się od kary podejmują się zadania tylko trochę od tej kary innego. Misja jest z rodzaju tych straceńczych, dostają bilet tylko w jedną stronę. Mają udać się w niezbadaną część wszechświata by uprawdopodobnić możliwości korzystania z energii czarnej dziury. Stabilność grupy podtrzymywana farmakologicznie wyczerpuje się, system automatycznego podtrzymywania życia domaga się ofiar, Ziemia staje się coraz odleglejsza nie tylko w przestrzeni ale przede wszystkim w czasie, ludzkość skurczyła się być może do ich delegacji a przed nią horyzont zdarzeń, osobliwość, może koniec a może czegoś początek. To podróż do kresu ale i do źródła. Imponująca jest mimo wszystkich wad tego filmu, gatunkowa biegłość z jaką ponad siedemdziesięcioletnia reżyserka, nie mająca wcześniej do czynienia z fabułami sf, zbudowała swój film. Do tego w sposób analogowy, bez wszechmogącego dzisiaj CGI, z polorem vintage, w rekwizytach wprost staromodny. Zaskakująco również uciekający od nachalnego feminizmu, który wydawał się w pewnym momencie jedyną konkluzją. Na dobrym aktorskim poziomie, żeby wskazać emanującą kobiecością Juliett Binoche oraz kończącego swój pobyt w aktorskim czyśćcu Roberta Pattinsona. Jestem przekonany, że to film na poziomie co najmniej Sunshine, Danny'ego Boyla z 2007 r. dlatego nie rozumiem jego niskich ocen. Może czas to zmieni.
Plakat filmowy. Zdjęcie własne

Lighthouse - Robert Eggers. Już Sienkiewicz zauważył, że praca latarnika jest pracą odpowiedzialną, wręcz służbą,  ale w gruncie rzeczy żmudną i usypiająco powtarzalną. Pełniona samotnie rodzi wręcz śmiertelne konsekwencje. Być może dlatego u Eggersa wykonują ją dwie osoby. Doświadczonemu latarnikowi Tomowi Wake (Willem Dafoe) towarzyszy młody pomocnik Ephraim Winslow (Robert Pattinson). Latarnia znajduje się gdzieś z dala od brzegu, na niegościnnej skalistej wysepce. Ich wachta ma trwać cztery tygodnie a czas spędzony razem stać się ma próba ich charakterów. Winslow, jak to pomocnik, odpowiada za najcięższe fizycznie prace gdy Wake jedynie pełni nocne dyżury przy świetle latarni i prowadzi swój dziennik. Relacje między nimi to układ master&servant. Młody chociaż podporządkował się staremu zazdrości mu jego zadania i żyje w przekonaniu o tajemniczych relacjach łączących go z latarnią. Nawiedzają go męczące sny, które pomaga przetrwać śniona syrena. Kulminacją i zwieńczeniem ich pracy staje się wypity, w końcu razem, alkohol. Od tej pory dzieją się rzeczy dramatyczne, odrealnione, przypominające w swoim przebiegu starcie dwóch przeciwstawnych idei, postaw, starcie którego finał może wykraczać poza skalista wysepkę. Z treścią ściśle związana jest forma. Film Eggersa, czarno-biały obraz w formacie 4:3, sceny rozgrywane w półcieniach, niepokojące, harmonizujące z obrazem dźwięki, przypomina stare ekspresjonistyczne kino, przywołując chociażby Nosferatu - symfonię grozy, F.W. Murnau. Podobną symfonię, funduje nam, widzom reżyser nie szczędząc rozwiązań znanych z horroru czy kina suspensu. Chociaż w podstawowej warstwie film jest śmieszno-straszna opowieścią o mistrzu i czeladniku, doprowadzonej do obłędu rywalizacji w ich męskim świecie, to jego znaczeń możemy dekodować więcej. To jednocześnie opowieść o ojcu i synu, źródłem której są zarówno mitologia z mitem prometejskim jak i religie judeo-chrześcijańskie z Bogiem-Ojcem i jego Synem człowieczym. To może być również inny wariant opowieści o Skawińskim, naszym latarniku a więc opowieść o stoczonej z własną samotnością walce. Odegrane to zostało znakomicie.

środa, 13 listopada 2019

Refleksy #32

Stan & Ollie - Jon S. Baird. Steve Coogan jako Stan Laurie i John C. Reilly jako Oliver Hardy czyli filmowi Flip i Flap, geniusze slapsticku. Wzruszająca opowieść o ich ostatnich scenicznych latach, udowadniająca, że byli nie tylko duetem wybornych komików ale i skazanymi na siebie przyjaciółmi.
Szczęśliwy Lazzaro - Alice Rohrwacher. Przypowieść o wolności a nawet o potrzebie zniewolenia. Pochwała prostoty złożona na ołtarzu świętej naiwności. Współcześnie rozgrywająca się baśń, co nie jest takie oczywiste od początku. Świetne, uspakajające kino, które będzie do nas wracać przez długi czas.
Arktyka - Joe Penna. Mads Mikkelsen po katastrofie samolotu samotnie walczy o przeżycie na arktycznym pustkowiu. Samolot, który się rozbił to ponoć maszyna gliwickiego aeroklubu, taka ciekawostka.
Ulepszenie (Upgrade) - Leigh Whannell. Swat niedalekiej przyszłości. By dociec prawdy o śmierci swojej żony mężczyzna poddaje się specjalnemu implantowi, który silnie wspomaga jego ciało. Zaskakująco przyjemnie się ogląda chociaż pary w tym tylko tyle, że mógłby być odcinkiem Czarnego lustra, na przykład.
Escape room - Will Wernick.  Tragiczne wydarzenie w Słupsku (śmierć pięciu nastolatek w wyniku pożaru pokoju zagadek) było powodem wstrzymania kinowej premiery tego filmu. I tylko w kontekście tego dramatu zapamiętamy film. Ten kolaż Cube, Piły i Trzynastu duchów jest zbyt wydumany by autentycznie zainteresować
El Camino - Vince Gilligan. Jesse Pinkman wraca by uciec a my dochodzimy do wniosku, że niepotrzebnie i za późno.
Eli - Ciaran Foy. Dziecko cierpi a my z nim. Kolejna próba horroru od netflixa, również niezbyt udana z finałem jakby z innego filmu.
Meg - Jon Turtelaub. Myślałem, że będzie mi wstyd, że oglądam ten film ale nie. Bawiłem się dosyć dobrze i nic mi nie zgrzytało w tej opowieści o absurdalnym prehistorycznym rekinie.
Pełzająca śmierć - Alexandre Aja. Tu było jeszcze lepiej. Jedynie polski tytuł jest idiotyczny (nie wiem czy krokodyle, posiadające przecież jakieś odnóża, to pełzający gady). Nie dziwi, że Q. Tarantino uznał to za najlepszy film mijającego roku. Trzymający w napięciu, zagrany w punkt monster movie zrobił mi wieczór.
Sicario 2: Soldado - Stefano Solima. Udana kontynuacja przeboju Denisa Villeneuve. Dużo testosteronu po obydwu stronach barykady wojny narkotykowej.
Gotti - Kevin Connolly. Chociaż opowiada angażującą historię bossa mafii Johna Gotti'ego to wydaje się być czytelny głównie dla amerykańskiego widza śledzącego w mediach upadek mafijnej rodziny Gambino. Niemniej Travolta w tytułowej roli nadspodziewanie dobry.
Wdowy - Steve McQueen. Najciekawsze w tym sensacyjnym w sumie obrazie jest polityczne tło i to takiej polityki robionej na podstawowym poziomie (dzielnica, gmina). Tytułowe bohaterki po śmierci swoich partnerów, którzy giną w zasadzce, muszą oddać skradzione pieniądze (spłonęły wraz z ich mężczyznami). Zasadniczo zbyt wolno się rozkręca jak na niespodzianki, które nas czekają.
W kinie czasem dobrze, czasem źle. Terminator. Mroczne przeznaczenie - Tim Miller. Film ten, mający być powrotem do źródeł, jest jakimś wielkim nieporozumieniem. Zapowiadany jako kontynuacja Judgment Day nie dość, ze nie wnosi niczego nowego do tej historii to jeszcze okazuje się słabszy technicznie od swojego poprzednika z 1991 r. Słabszy generalnie od każdego z poprzednich Terminatorów. Zadziwiające jak na szum, który go zapowiadał.
Boże Ciało - Jan Komasa. Będąc naszym kandydatem do Oscara staje się racjonalnym wyborem. Co prawda w trailerze wygląda na mocno zabawowy w rzeczywistości jest dramatem opowiadającym o poszukiwaniu autorytetu, o potrzebie sklejenia czegoś pękniętego. Świetnie zagrane, głównie przez młodych aktorów.
W serialach udane powroty. Kamińsky Metod (obyście okazali się nieśmiertelni, starsi panowie dwaj), Castle Rock (jeszcze ciekawszy od sezonu pierwszego, chociaż somalijskie centrum handlowe, ten tego...) i Jacka Ryana (pomijając odcinek finałowy). Intrygujący Watchmani mają niepodważalny potencjał przykucia naszej uwagi a Potworowi z bagien należy dać szansę chociaż nie dostał drugiego sezonu. Całkowicie nieprzekonująca okazała się Katarzyna Wielka co zaskoczyło każdego czekającego na ten serial. Na naszym podwórku Żmijowisko, ekranizacja fajnego kryminału Wojciecha Chmielarza. Na razie bardzo dokładna.

sobota, 5 października 2019

Kac Gotham

Plakat filmowy. Zdjęcie własne
Joker - Todd Phillips. Macie to, na co zasłużyliście, zdaje się wyrażać całym sobą tytułowy bohater tego filmu. Chociaż filmowe Gotham stylistycznie przypomina lata 70-te ubiegłego wieku, niepokoje niesie całkiem współczesne. Tym co staje się najmocniejszą i jednocześnie najsłabszą stroną filmu jest jego uwiązanie do komiksowego uniwersum (chociaż to na dzisiaj opus magnum filmowego DC). Przez takie założenie trafiamy do dobrze znanego nam świata, miasta, w którym narodzi się Batman. Ale również musimy przejść przez cały proces przemiany Arthura Flecka w arcyłotra (?) Jokera. Samo to w sobie, w swojej przewidywalności, jest lekko nużące i tylko dzięki kapitalnej grze Joaquina Phoenixa mogłem to śledzić z należna uwagą. Zainteresowanie za to przez cały czas podtrzymuje wspomniana wcześniej stylistyka począwszy od przypominającego produkcje z tamtych lat samego filmu. Mamy wrażenie jakby równolegle gdzieś działa się opowieść z Taksówkarza ( Robert De Niro z pewnością nie był przypadkowym wyborem do roli Murraya Franklina), i z którejś z żółtych taksówek wysiądzie klown z irokezem. To Gotham, popkulturowe megapolis, staje na krawędzi kryzysu. Jego symptomem są zalegające w mieście, nie odbierane śmieci. Obietnicą zmiany na lepsze zaś zbliżające się wybory i kandydat na burmistrza Thomas Wayne ( Brett Cullen). W mieście narasta napięcie, media podkręcają atmosferę i wyostrzają newsy i wystarczy tylko iskra, jeden odtrącony człowiek, taki anonimowy, w masce, choćby i szaleniec. Pamiętamy jak to się zakończyło, pamiętamy jak to się rozpoczęło. Todd Philips, znany dotychczas jako twórca serii Kac Vegas, przypomniał nam to znakomicie.

środa, 25 września 2019

Refleksy #31

Too Old To Die Young - Nicolas Winding Refn. Klara Cykorz zgrabnie opisała film-serial Refna - jako połączenie Twin Peaks odartego z dziwności i Fargo bez życzliwości. Całą tę historię dałoby się zgrabnie zmieścić w dwugodzinnej fabule ale takich filmów było już wiele. Powolny taniec, do którego zaprasza nas Refn powoduje chwilami naszą senność by w jednym momencie, niespodziewanie wybudzić nas nagłym wybuchem emocji. Karmi nas kadrami wyglądającymi niczym obrazy mistrzów pop artu. Malarskość ta jest nadal pełna neonowych barw charakterystycznych dla twórczości Refna ale dzięki przyjętej formule (odcinki po 70-80 minut) więcej w niej przestrzeni dla widza. Świetna rola Millesa Tellera (policjant Martin Jones) oraz Augusto Aquilra (szef kartelu Jesus Rojas) i genialna muzyka Cliffa Martineza. Na marginesie mówiąc chciałbym od Refna jego wizję Blade Runnera. I niechby trwała i 24 godziny.

Nasi chłopcy - izraelski serial opowiadający, jak głosi, na kanwie prawdziwych wydarzeń, historię zabójstwa palestyńskiego nastolatka przez powiązanych ze sobą rodzinnie religijnych Żydów. Zabójstwa będącego odwetem za wcześniejsze porwanie i zabicie trójki żydowskich nastolatków. Prowadzone w tej sprawie śledztwo (głównie przez wywiad izraelski Szin Bet) stara się rozwiązać sprawę i narastający wokół niej problem społeczny w sposób nie eskalujący dalszej przemocy. Wydaje się świetnie obrazować konflikt izraelsko-palestyński i niuansować całą jego złożoność.

Ad Astra - James Gray. Film bardzo nierówny i z minuty na minutę coraz bardziej mnie irytujący. Olśniewający wizualnie, dramatycznie jest na poziomie prozy Coehlo a niektórymi scenami wręcz głupi. Astronauta (Brad Pitt) doskonały w swoim rzemiośle - postać przypominająca niedawną rolę Ryana Gosslinga w First Man - ma jednak problemy  ze swoim życiem prywatnym. Cieniem na nim kładzie się historia jego ojca, również astronauty, który 30 lat wcześniej opuścił syna i udał się z misja na odległego Neptuna (wg. dzisiejszej wiedzy ostatnia planeta naszego układu słonecznego). Ślad po nim zaginął ale z okolic Neptuna emitowana jest mikrofalowa anomalia zwana Udarem, która może zniszczyć życie na Ziemi. Ze wstępu tego poskładamy sobie szybko sekwencję dalszych wydarzeń i fabularnych oczywistości. Wyjdzie nam, że by uratować Ziemię główny bohater będzie musiał uratować siebie, będzie musiał odnaleźć ojca, będzie musiał odbyć daleką podróż na kraniec znanego wszechświata. Gdyby poprzestać na tych wątkach wyszłoby kino będące połączeniem Conradowskiej wędrówki do jądra ciemności z kinem Terrenca Malicka (szczególnie jego Drzewem życia). Niestety reżyser uznał, że to będzie niewystarczające i dołożył jeszcze kilka klisz i podpowiedzi. Tym samym filozofujące kino zamienia się zbyt często w kino akcji klasy B, żenując swoim infantylizmem. Przecież walka z piratami na księżycowych quadach, spotkanie z małpami na norweskiej stacji naukowej, przedostanie się do startującej rakiety czy kosmiczny surfing są jedynie po to by pokazać bohatera niezłomnego i przyspieszyć trochę tę kosmiczną odyseję. A konkurencji specjalnie Brad Pitt nie ma w tym filmie, role pozostałych aktorów (Tommy Lee Jones, Donald Sutherland, Liv Tyler) są marginalne i bezkonkurencyjne dla błyszczącego w roli głównej. Sprawdza się zasada, że chcąc zadowolić wszystkich można nie zadowolić nikogo.

Instytut - Stephen King. Komplementując swego czasu Nocną rundę Lee Childa pisałem, że Jack Reacher jako bohater literacki jest wielce poważany przez samego Stephena Kinga. Początek najnowszej powieść Króla to wręcz hołd dla bohatera Childa. Doświadczony eks-policjant z dużego miasta, facet po przejściach, trafia dosyć przypadkowo do małego miasteczka gdzie zatrudnia sie w charakterze nocnego strażnika (sprawdza zabezpieczenie obiektów, informuje policję o nagłych zagrożeniach, tylko nocna zmiana a problemy jedynie w weekendy). Kiedy juz powoli adoptuje się do miejscowych warunków opuszczamy go i wbijamy się w prawdziwie Kingowską opowieść o dzieciakach uzdolnionych parapsychologicznie, porywanych przez profesjonalnych agentów do najpewniej rządowego obiektu, tytułowego Instytutu. Mając na uwadze prawość bohatera, którego poznaliśmy na początku i dramatyczną sytuację porwanych dzieci, więzionych niczym zwierzęta laboratoryjne, przeczuwamy, że te dwa światy będą musiały się spotkać. Dobra rzecz do przełamania czytelniczej impotencji, w skali mistrza gdzieś w okolicy Outsidera.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Refleksy #30

Parasite - Joon-ho Bong. Tegoroczna Złota Palma w Cannes. Ten południowokoreański dramat przypomina początkowo ubiegłorocznego zwycięzcę. Tak jak w Złodziejaszkach - Japończyka Hirokazu Koreedy, poznajemy rodzinę, która ledwo wiąże koniec z końcem, żyje w suterenie i tylko brakowi fortunnego losu zawdzięcza swoja sytuację. To pełna, nie patchworkowa jak u Koreedy, rodzina -  mąż, żona i ich dwoje dorastających dzieci. Głowa rodziny, ostatnią dobrą pracę stracił w wyniku krachu gospodarczego, jego żona odnosiła wcześniej sukcesy sportowe (rzut młotem), syn to niedoszły student a córka jest uzdolniona artystycznie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, z pomocą przyjaciela i małego oszustwa, chłopakowi udaje się dostać posadę korepetytora nastolatki z bogatej rodziny. Staje się to początkiem zaskakującego zwrotu w życiu rodziny. O ile szybko żegnamy się z podobieństwami do Złodziejaszków to film nagle zadziwiająco zaczyna przypominać całkiem inny obraz. Chodzi mi o tegoroczny, reklamowany jako horror, film To my, Jordana Peele'a. Nie chodzi tu tyle o podobieństwo fabularne ale bardziej o to, że podobnie rozkładają się w tych filmach akcenty krytyki mającej związek z ekonomicznym rozwarstwieniem szerokich warstw społecznych. Świat, który tyle obiecywał, ludzi, którzy wcześniej nie czuli się wykluczeni, wytrącił z ról pełnionych w życiu zawodowym, prywatnym. Wytrąceni z równowagi, która trzymała ich na powierzchni życia, często pozbawieni są ludzkiej godności. Znamiennie, tak u Bonga jak i u Peele'a, historia tej nierównowagi musi się skończyć w podobny sposób. To na swój sposób charakterystyczne, że podobna wrażliwość społeczna pojawia się w tak różnych punktach naszego globu. To się nazywa globalizacja problemu.
Bardzo dobrze w świecie seriali, gdyż...
Na cały głos - historia powstania stacji informacyjnej Fox News (taka TV Republika z budżetem Słowenii) i jej charyzmatycznego twórcy, nieżyjącego już Rogera Ailesa, przerażającego w swej skuteczności (fenomenalny w tej roli Russel Crowe). Świetny spektakl pokazujący jak działa propaganda i jak kreowana jest rzeczywistość polityczna.
Rok za rokiem - po niezbyt udanym ostatnim sezonie Czarnego lustra dostajemy od Brytyjczyków prawdziwy obyczajowy dreszczowiec. Near future, czyli przez piętnaście lat od dzisiaj. Oby nie była to samospełniająca się przepowiednia.
The Boys - perełka wśród filmów o superbohaterach. Skutecznie likwiduje zgagę po dobrze rokującym ale jednak zaprzepaszczonym Doom Patrol i wysoko stawia poprzeczkę nadchodzącym Watchmenom. Ojczyznosław...ogień z oczów w tych co Cię nie pokochają.
Dobry Omen - przesympatyczna ekranizacja powieści kolaboracji Gaiman/Pratchett. Jak mogło nie wyjść, czyli anioł i diabeł kontra Apokalipsa.
Mindhunter - badacze seryjnych zabójców z FBI powracają z drugim sezonem. Trzyma poziom i nas na krawędzi fotela.