wtorek, 26 grudnia 2017

Poszukiwany chłopiec z miotłą

kadr z filmu ( w stylistyce Rembrandta)
Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi - Rian Johnson. Praktycznie całe życie z GW w tle, trochę to krepujące. Tym bardziej w ich ostatniej odsłonie, która jest zwyczajnie idiotyczna i po prostu nudna. O ile Przebudzenie mocy*, powtarzające Nową nadzieję, obdarzyłem jakimś kredytem zaufania, to Last Jedi po prostu mnie zdeprymował. To jest chyba gorsze od przygód młodego Anakina. Rey nie nabrała charakteru, Kylo Ren nadal jest niedojdą, Serkis dał sobie ubrać syfilityczną twarz Snoke'a, Luke gra Hamleta (nie dziwię się po tym co z nim zrobili i gdzie mu kazali żyć przez 30 lat) a Leia lata sobie w kosmosie... Nawet Chewbacca jakoś zmizerniał, zmniejszył się i wychudł przechodząc na dietę bezmięsną. Rebelię przed jej własną głupotą ratuje tylko jeszcze większa głupota Imperium. Fabuła przypomina ponowny restart i niebezpiecznie zbliża się do autoparodii, jakby reżyser nie wiedział, że to wszystko już było (nawet Spaceballs). Mamy nawet Gwiazdę Śmierci w wersji mini i kasyno w wersji maksi. Zamiast lodu, sól. Mamy nawet próbę zdyskontowania roli Hana Solo, całkowicie nieudanie wykonaną przez Benicio del Toro. Poprawność polityczna, którą ocieka ten film, zamordowała zdrowy rozsądek. Oscar Isaac dwoi się i troi w pojedynkę ratując Rebelię ale i popadając w śmieszność. Last Jedi zdominowały nieuprawnienie kobiety, mężczyzn obsadzając w rolach funkcjonariuszy Najwyższego Porządku, przecież najczarniejszego charakteru, en masse. A propos, Finn poznaje uroczą Azjatkę, której myśl "wojny nie wygrywa się zabijając wrogów ale ratując przyjaciół" przejdzie do annałów GW. Ridley Scott, brnąc w Prometeuszechociaż masakruje własną legendę. Tutaj Johnson wydaje się jedynie wykonawcą poleceń właściciela marki. Ja rozumiem, że Disney obraca w palcach złoty pieniądz ale mam wielkie obawy przed planowanym rozrostem tej mega korporacji handlującej rozrywką. Jednak pieniądze to nie wszystko. Przydałby się ktoś, kto by to wszystko pozamiatał. Na razie ratunek dla tego wszechświata widzę jedynie w A Star Wars Story. I zaczynam sekundować Star Trek w reżyserii Quentina Tarantino.

* Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy - J.J. Abrams. Mistrzowska kopia, która nie jest falsyfikatem. Wyobraźmy sobie, że podziwiając jakiś ulubiony obraz nagle dowiadujemy się,  że to nie oryginał a jedynie jego zręczna kopia. Przecież nie oburzymy się  i gwałtownie nie zmienimy swojej chwilę wcześniejszej kontemplacji dzieła. W ostatniej, jubileuszowej NF jest ciekawy artykuł Marka Grzywacza Fani złożą to lepiej. I chyba na VII epizod SW należy spojrzeć jak na fan edit epizodów IV-VI. W innym przypadku pozostaje zaśpiewać Ale to już było. Świąteczny seans prowokuje mnie do łagodniejszego spojrzenia na epizody I-III i tłumaczy poniekąd dlaczego tak trudno było oryginalną trylogię kontynuować w swoim czasie. Pozostaje rozbudzona ale senna nadzieja. 

czwartek, 7 grudnia 2017

Ciemność, widzę ciemność

Zdjęcie netflix
Dark - pierwszy niemiecki serial netflixa. Rzecz dzieje się w miasteczku, w Niemczech, znanym głównie z tego, że całe pracuje na rzecz miejscowej elektrowni atomowej. Po za tym raczej zwykłym i nudnym. Punktem wyjścia jest zaginięcie nastolatka. Nikt nie wie co się z nim stało, poszukiwania nie doprowadzają do jego odnalezienia. Część łączy to zaginięcie z podobnym, sprzed 33 lat, kiedy zniknął młodszy brat prowadzącego teraz śledztwo policjanta. Jednocześnie obserwujemy losy Jonasa, którego ojciec z niewiadomych powodów popełnił samobójstwo pozostawiając tajemniczy list. To klasycznie kryminalne zawiązanie akcji, ale mamy rok 2019 i nic nie jest tym albo tam gdzie nam się wydaje.
W sieci trwa dyskusja czy serial Dark przypomina Strange Things i czy jest od niego lepszy, a przy okazji tego jak wiele innych produkcji przypomina (Lost, Fortitiude, Twin Peaks, 12 małp). Z pewnością wszyscy mają rację gdyż serial czerpie z wielu tych i innych opowieści ale tworzy nową jakość i poza pewnymi elementami wspólnymi z ST możemy mówić, że jest co najwyżej spadkobiercą pewnego modnego obecnie nurtu nostalgii za tym co było.
Z pewnością zaskoczył wszystkich swoją techniczną sprawnością i bardzo dobrym scenariuszem. Opowiadana historia po prostu przykuwa uwagę i mnie osobiście najbardziej przypomina klimatem serial Lost. Z pewnością bazuje na podobnych sentymentach jak ST chociaż w Dark obok roku 1986 mamy jeszcze dwa dodatkowe plany czasowe - bliskiej przyszłości roku 2019 oraz lat powojennych roku 1953. Siłą rzeczy konteksty są tu szersze chociaż ich oddźwięk popkulturowy nie jest istotnie większy od tego ze ST. Z pewnością wydaje się na pierwszy rzut oka serialem skierowanym do starszej wiekiem widowni i dostał epitet, że to ST dla dorosłych. Niemniej jeżeli się przyjrzymy dokładniej to okaże się, że "dorosłość" jest podobna do tej ze ST. Problemy, którymi operuje, zdarzenia często o poważnych konsekwencjach (miłość, zdrady, śmierć, przemoc fizyczna) podobnie jak w ST uderzają bezpośrednio w najmłodszych i rzutują na ich losy. Po stronie widowni to również ze strony YA możemy spodziewać się największego zaangażowania.  Z pewnością jego najmocniejszym ale jednocześnie mogącym okazać się najsłabszym aspektem jest motyw podróży w czasie. Póki co w pierwszym sezonie udało się postawić więcej pytań niż udzielić odpowiedzi. Sprytnie, jak na interakcje bohaterów zagubionych w czasie, udało się uniknąć pułapek wynikających z paradoksu dziadka. Z pewnością umocowanie "osobliwości" w rejonie elektrowni atomowej oraz dodanie do tego elementu nauk hermetycznych (Tablica Szmaragdowa Hermesa) nie umniejsza a wręcz wzmacnia jego walor przygodowy. Wydaje się, że świat ST, ten odwrócony, w opozycji do świata Dark jest faktycznie trochę dziecinny. Z pewnością na jakość serialu wpłynęła jednak jego europejska produkcja. Mamy w końcu coś co nie odnosi się bezpośrednio do mitologii amerykańskiej w wymiarze historycznym i przeżytej masowo kultury. Dla nas Polaków to wręcz opowieść, która dzieje się tuż za miedzą i jak już pogodzimy się z językiem filmu to i zgodzimy się, że kod kulturowy niemieckich bohaterów jest nam bliższy a lasy takie podobne do naszych. Z pewnością nie ma w tym serialu słabych postaci i ról, jest on bardzo wyrównany zarówno  w wykonaniu tych starszych jak i młodszych aktorów. Jak na opowieść o podróżach w czasie zaskakuje, w przeciwieństwie do ST,  oszczędną ilością efektów specjalnych raczej modelując pokazywaną rzeczywistość zwykłymi fizycznymi rekwizytami i scenografią. I nie wynika to z budżetu a raczej z takiego a nie innego założenia twórców. Co prawda patrząc na zakończenie sezonu pierwszego można spodziewać się, że i to się zmieni. Z pewnością jest rewelacyjny dźwiękowo i muzycznie. Twórca muzyki Ben Frost znany był dotychczas z klimatycznego Fortitiude a dobór utworów muzycznych, głównie przebojów lat 80-tych, jest perfekcyjny.
A więc nie taka ciemność. Musimy jednak pamiętać, że ciemno po niemiecku to "dunkel" ale jasno to "hell".

niedziela, 3 grudnia 2017

Uciekaj moje serce

Zdjęcie wydawca
Exodus - Łukasz Orbitowski. Uciekaj moje serce. Tak nasunął mi się tekst Osieckiej, w piosence Krajewskiego otwierający serial Jan Serce. Bo przecież Janek czyli Jan, bo przecież exodus będący ucieczką nie tylko dla Janka, bo serce na wierzchu, cierpiące, bolące, darowane ale nie przyjęte. Dziwna to książka Orbitowskiego i nie powiem, że jestem nią zachwycony. W przeciwieństwie do Innej duszy, której bohaterowie autentycznie mnie obchodzili, tour de europe zafundowanym w Exodusie jakoś nie potrafiłem się przejąć. Jan ucieka z Warszawy i od początku, po straszliwym "Trach" powtórzonym później wielokrotnie wiemy, że ucieka przed dramatem, który dosięga go niczym kara boska. Ucieka do Berlina, którego nie przepije, Słowenii gdzie jest wolontariuszem w obozie dla uchodźców, gdzie mieszka w Lublańskim squacie aż po greckie wyspy, które jednak nie pozwalają zapomnieć. Wiemy, że jego odyseja, momentami zanurzona w szaleństwie powinna odkupić jego winy. Wszystkie grzechy, które popełnił jako ojciec, mąż i syn. Tak się nie dzieje pomimo zatracenia w pomocy uchodźcom, w ratowaniu bezdomnego dziecka czy godności greckiej wdowy. Bo jak Jan Serce musi wrócić do początku. Jan Orbitowskiego jest irytujący, nie wzbudza mojej sympatii i zaufania. I nie mam pewności czy po półtorarocznej tułaczce dojrzał, czegokolwiek się nauczył, że jego cierpienie było szczere. Może właśnie taki miał być bym czuł się komfortowo i wierzył, że jestem lepszy, zapominając, że życie nie powiedziało - sprawdzam.

środa, 29 listopada 2017

Refleksy #12

Elle - Paul Verhoeven - Isabelle Huppert w roli, która robi więcej niż cała akcja #metoo. Zgwałcona kobieta rozpoczyna dziwną grę z mężczyzną, którego o ten czyn podejrzewa. Verhoeven ma dar pokazywania silnych kobiet (Nagi instynkt, Showgirl, Czarna księga), żyjących pod presją chociażby mężczyzn. Zasłużone nagrody.
Alias Grace - serial telewizji kanadyjskiej opowiadający historię służącej oskarżonej o, co najmniej współudział w podwójnej zbrodni i badającego sprawę psychiatry.  Świetnie rozegrane i do końca trzymające w napięciu. Prawie jak nasza Sprawa Gorgonowej - Janusza Majewskiego.
Sing - sympatyczna i wielce muzyczna animacja. Co obiecywał tytuł.
Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane) - Noah Baumbach - utrwalacz Allenowskiej neurastenii mieszkańców Nowego Jorku. Wybór scen z życia rodziny, której głową jest Dustin Hoffman, jako zapomniany artysta, Emma Thompson jako jego zalkoholizowana żona oraz Adam Sandler, Ben Stiller i Elizbeth Marvel jako ich znerwicowane dzieci. Aktorsko, rewelacyjnie, fabularnie nieco wtórne.
Punisher - po bardzo słabym Iron Fiscie, dość słabych Defendersach nastąpiło totalne odbicie. Chociaż zemsta najlepiej smakuje na zimno to w wykonaniu Franka Castle jest równie smakowita. To chyba najmniej marvelowski bohater, wręcz człowiek, którego jedyną mocą pozostaje silna wola dokopania sprawcom jego nieszczęścia. Doskonały w opisie problemów z jakimi borykają się żołnierze weterani, efektów PTSD czy o roli prywatnych armii wykorzystywanych przez państwo (Anvil alias Academi). W prowadzonej intrydze bliżej Punisherowi do Homeland niż pozostałych Obrońców.
Babylon Berlin - niemiecki serial Toma Tykwera o szalonym Berlinie końca lat 20-tych XX w., na chwilę przed zdobyciem władzy przez nazistów. Kryminalna intryga z głównym obyczajowym wątkiem pląta się z polityką radzieckich komunistów i ich przeciwników w walce o rząd dusz. Muzycznie Bryan Ferry (ex Roxy Music) dla oka i dla ucha. Tak wyobrażam sobie ekranizację prozy Twardocha , Morfiny czy też Króla.
Liga Sprawiedliwości - Zack Snyder. Trykociarze od DC wrócili w bardzo silnym składzie. Mnie się podobało ale mogę nie być obiektywny bo i BvS też mi się podobał.
Cicha noc - Piotr Domalewski może i w swoim debiucie odtwarza po raz kolejny przedstawienie z cyklu "święta polskie" ale robi to z wyczuciem i nerwem aktualności. Opowiada nawet z pewną nieprzewidywalnością gdy z puzzli kina Smarzowskiego układa całkiem inny obrazek. Na mazurską wieś z Holandii, w wigilię Świąt Bożego Narodzenia  przyjeżdża niespodziewany przez rodzinę Adam (Dawid Ogrodnik). Od początku nie kryje, że ma pewien plan, który pozwoli mu i jego dziewczynie, która jest w ciąży, na stałe wyjechać z kraju. Opowieść o ludzkich wyborach wynikających z konieczności emigracji zarobkowej, chęci poprawienia swojego losu, wiary, że wszędzie możemy czuć się jak u siebie. I cenie jaką się za to płaci. To oczywiście film o sile rodziny, która najsłabsza bywa przy świątecznym stole. To może nawet film o ojczyźnie.   
Pojawiły się na rynku książki z alternatywną Polską w treści - Zygmunta Mioszewskiego - Jak zawsze i Ignacego Karpowicza - Miłość, obie do tego w melodramatycznej tonacji. Jestem zaciekawiony co zmusiło tych autorów do kontestowania rzeczywistości poprzez gatunkowe zmyślenia. Przekonam się.

sobota, 11 listopada 2017

Za wolność naszą i waszą

Relax
plakat filmowy
Wpierw, dawno temu, była opowieść rysunkowa Zamach, w Relaxie, naszym magazynie komiksowym. Silna kreska Czecha Karela Saudka wspieranego tekstem przez swojego brata Jana, robiła wrażenie swoim realistycznym dramatyzmem i zapadła mi głęboko w pamięci. To historia zamachu na Reinharda Heydricha, protektora Czech i Moraw, najwyższego rangą oficera hitlerowskich Niemiec zabitego przez Ruch Oporu w czasie IIWŚ. Hitler nazywał go "człowiekiem o żelaznym sercu" a jego otoczenie mówiło o nim "mózg Hitlera nazywa się Heydrich". Himmlers Hirn heißt Heydrich czyli HHhH to tytuł powieści Laurenta Bineta (Nagroda Goncourtów 2010, wydana u nas przez Wydawnictwo Literackie w 2011 r.). Mamy właśnie okazję obejrzeć film Kryptonim HHhH - Cedrica Jimeneza, oparty na jej podstawie. Jakby było tego mało niedawno można było obejrzeć historię tego samego zamachu w filmie - Operacja Antrhopoid - Seana Ellisa z Cilianem Murphy w roli głównej i  Marcinem Dorocińskim w epizodzie. Wydaje mi się, że obraz Jimeneza jest ciekawszy w sensie filmowej dynamiki, momentami w manierze filmowania i kształtowania obrazu muzyką i dialogiem kojarzył mi się z filmami Terrence'a Malicka. Jason Clarke przekonująco odgrywa postać "najniebezpieczniejszego człowieka w III Rzeszy" i z Rosamund Pike, w roli żony, tworzą wręcz demoniczny duet. Reżyser nie zaniedbuje żadnej z osób tego dramatu i HHhH staje się filmem bardziej kompletnym od równie dobrego, filmu Ellisa.
Pamiętam anegdotę, która pojawia się w Zrób sobie raj, opowieści o Czechach Mariusza Szczygła, który zdziwiony brakiem upamiętnienia dzielnych czeskich cichociemnych, którzy zabili "rzeźnika Pragi" i zginęli, broniąc się w Cerkwi Cyryla i Metodego, dowiaduje się od prażanina, że przecież naprzeciw kościoła jest knajpa "Pod Spadochroniarzami".
Pamiętam też, że będąc kiedyś w Pradze ze zdziwieniem zauważyłem na Hradczanach wystawę poświęcona czeskim lotnikom biorącym udział w Bitwie o Anglię. Czesi !? A gdzie Polacy ?! Na swoje usprawiedliwienie dodam, że było to dużo wcześniej niż premiera filmu Ciemnoniebieski światJana Śveraka.
Tak, bracia Czesi dalecy są od hurrapatriotyzmu i pustych dekoracji.
28 października Czesi obchodzili swoje Święto Niepodległości , dzisiaj My. Radujmy się, bo przecież to radosna chwila być powinna.

piątek, 3 listopada 2017

Refleksy #11

Powidoki - Andrzej Wajda. Pozostanie kontekst, że to Jego ostatni film. Nie najgorszy, szczególnie przez świetną rolę Lindy grającego artystę co się władzy nie kłaniał. Bezkompromisowość i nonkonformizm nawet dzisiaj mają swoją cenę. Przejmująco i wiarygodnie pokazany proces wymazywania człowieka z historii.
Dziewczyna z pociągu - Tate Taylor. Maszyniście lżej, chciałoby się dodać do tytułu. Jest banalnie i można jedynie powiedzieć, że to pociąg do dziewczyn a nie do alkoholu jest determinujący. Jakie uzależnienie takie modus operandi
Atomic Blonde - David Leitch. Oparte na komiksie prawdziwe kino szpiegowskie. Gra wywiadów w Berlinie na tle burzonego już muru i muzycznych hitów tamtych lat. Atomową blondynkę gra jak marzenie, zimna i jednocześnie szalona maksymalnie, Charlize Theron. Sceny akcji i bójek wypadają nadzwyczaj naturalnie by nie powiedzieć naturalistycznie. Czuję się miło zaskoczony.
1922 - Zak Hilditch. Porządna adaptacja opowiadania Stephena Kinga z Thomasem Jane w roli głównej. Momentami wyglądało jak ekranizacja McCarthy'ego. Za muzykę odpowiada Mike Patton, głos Faith No More i wielu innych talentów.
Amerykanska sielanka - Ewan McGregor. Źle pewnie zrobiłem, że zerknąłem przed przeczytaniem powieści Rotha. Ta historia amerykańskiej ostatniej rodziny, wręcz upadek domu Levov, przeczuwam jedynie, z pewnością dużo traci w filmowej adaptacji. Jednocześnie przykuwa do ekranu pomimo pewnej teatralności. Twórca tej adaptacji i jej główny aktor gra zresztą jakby zszedł z planu ostatniego Fargo. Co nie musi być wadą. 
Swiss Army Man - Dan Kwan i Daniel Scheinert. Paul Dano jako zagubiony młody człowiek i Daniel Radcliffe jako jego martwy Piętaszek. Duet wart zobaczenia. Absurdalny momentami humor i kilka egzystencjalnych spostrzeżeń, które jakoś się tak ładnie ze sobą łączą.
Thor: Ragnarok - Taika Waititi. Przezabawna odsłona przygód... Revengers'ów, jak ochrzcił team syn Odyna. Space-operowy klimat z cwałującą Walkirją i Thorem zbierającym bęcki. I Led Zeppelin w tle. I Hulk. I Cate Blanchett. Ładne 3D. Czy kinowy wieczór mógłby być lepszy?
Belfer 2 - mam podejrzenia, że Belfer pierwszy zdecydował o likwidacji gimnazjów. Sezon drugi może rzucić cień na licea, na pewno te prywatne. Nadal w irytującej, przypominającej tvnowe telenowele formule. No i widać, że Stuhr wolałby grać ucznia a nie nauczyciela. Wataha na tle Belfra jednak się wyróżnia i produkcją i scenariuszem ale aktorsko nadal ściga obsadę Paktu. Mindhunter - fascynująca opowieść o formowaniu w FBI wydziału behawioralnego zajmującego się seryjnymi mordercami. Silnie zniuansowana fabuła łowi umysły nie tylko zbrodniarzy. Strange Things 2 jeszcze bardziej ejtis niż sezon pierwszy, więcej Willa, więcej dzieciaków, więcej mroku. O ile sezon pierwszy pozwolił wychynąć dziecku ze mnie, to obecny już mniej.

niedziela, 29 października 2017

Lato szoszonów

Zdjęcie wydawca
Przemytnicy - Konrad Janczura. Opowieść z Podkarpacia i raczej jego wiejskiej części. To bardziej nowela niż powieść (160 stron), ze specyficzną narracją, w warstwie fabularnej mało odkrywcza. Fery i Zola to młode chłopaki, lat dwadzieścia z okładem, którzy pracują dla Senseia, lokalnego "biznesmena" zajmującego się handlem a głównie przemytem towarów monopolowych z sąsiedniej Ukrainy. Mamy kilka obrazków tej sąsiedzkiej bytności, raczej trywialnych pomimo cienia historii tej ziemi (Wołyń) i obecnej sytuacji politycznej (Donbas, Krym). Mamy kilka miłych słów o regionie (twarda ziemia) i mieszkających tam ludziach (twardzi ludzie), kilka banalnych spostrzeżeń i pijackich rytuałów. Mamy dziewczyny, które jak wszędzie chcą tych pijaków wyprowadzić na ludzi.
Mam wrażenie, że to wszystko takie niedokończone, bardziej nadające się na niedługie opowiadanie. Bardziej przypomina etiudę filmową i być może jako ruchomy obraz byłoby zgrabniejsze. Chociaż podobny obraz już był, Yuma, Piotra Mularuka z młodym Gierszałem. Nie, jednak nie, zachodnia granica była zabawniejsza. Janczura dał swoim bohaterom przeczucie, że istnieje inny świat a za ich plecami cały czas nam podpowiadał, że gówno z tego będą mieli. Chciałbym, by gdzieś za dziesięć, dwadzieścia lat Konrad Janczura powrócił do postaci Zola. Powiedział nam i odpowiedział sobie, dokąd doszliśmy.

środa, 25 października 2017

Krakowski spleen

Zdjęcie wydawca
Przyducha - Maciej Piotr Prus. Nazwisko zobowiązuje, stąd może we mnie, czytelniku oczekiwanie w tej prozie polskiego realizmu bądź chociaż komentarza do naszej współczesności. Znajdziemy oczywiście i to, nie tylko w dramatycznym splocie medialnych faktów z Małą apokalipsąKonwickiego, które u Prusa noszą wręcz znamiona niechcianego proroctwa. Nie tylko w dusznej atmosferze krakowskiego Kazimierza, tego niedotlenienia oddanego tytułem.
Bohaterem staje się Filip Front, pisarz, poeta, dramaturg, scenarzysta. Twórca powszechnie znany a jednocześnie personalnie nierozpoznany. W relację z nim wchodzi nieoczekiwanie opiekun jego mieszkania, jednocześnie narrator powieści i stały bywalec w lokalu Piękny Pies. W następstwie mniej lub bardziej zawinionych działań traci swoją tożsamość. Wszystko to zostaje rozegrane w lekko dystopicznym klimacie, świat opisywany przez Prusa (głównie Kraków) dotyka pewien rozpad, którego efekty poznajemy fragmentami. A to zaskakuje nas kryminalizacja palenia papierosów albo ograniczenia w swobodnym poruszaniu się po mieście pilnowane przez służby policyjne i patriotycznych wolontariuszy. Następujące zmiany ograniczające wolność zaczynają być odbierane jako wręcz konieczne. Już się nawet nie buntujemy, bo przespaliśmy odpowiedni moment, konkluduje bohater. Natura zmieniającego się świata przypomina nieco w swojej nieuchronności i konsekwencji świat pokazany ostatnio w serialowej ekranizacji Opowieści podręcznej, Atwood. Całość jest napisana niebywale przejrzyście ale jednocześnie fabuła jest intrygująco mętna, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Przykuwa uwagę kafko-lynchowym uwikłaniem jednostki w system, problemem tożsamości i roli twórcy, jako artysty wykorzystującego i wykorzystywanego.
I nie jest tak ponura jak się ostatecznie może wydawać. 

niedziela, 15 października 2017

Lakoniczne nieszczęścia ludzików

Zdjęcie wydawca
Mikrotyki - Paweł Sołtys. Muzycy stanowczo za rzadko piszą książki. Jeszcze bardziej dziwi to w przypadku tych piszących piosenki, w których DNA jest konieczna wrażliwość, dar obserwacji i umiejętność przebrania tego w słowa. Jestem muzykantem i podpatruje miasto, śpiewa i pisze jeden z nich.
Nowa płyta Pablopavo i Ludzików - Ladinola zasadniczo powinna być w sprzedaży wiązanej z autorskim zbiorem Pawła Sołtysa. Głownie dlatego, że się uzupełniają a nie tylko dlatego, że autorem opowiadań i tekstów piosenek jest ta sama osoba. Piosenki dzięki aranżacjom muzycznym i jednak większej dawce optymizmu, wnoszą niezbędny blask i przestrzeń w tą gęstą prozę. Opowiadania wydają się nie pozwalać rozlać naszej wyobraźni, opisując zamknięte, przeszłe już światy, na które nie mamy wpływu. Po prostu musimy wejść i uwierzyć w świat opisany przez Pawła Sołtysa. Siedzimy w mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Wyobrażam sobie monstrualny gramofon grający tę wielką płytę, nasze życie, mnie, siostrę na obcasach i tych dwoje przed telewizorem. Doskonałe jest u Sołtysa łapanie takich już historycznych momentów, tak często obecnie pojawiających się w kulturze opisów lat powyżej i poniżej zera. Zamrażanie tych chwil ma większą moc niż zwykła anegdota i przypomina raczej żywe wspomnienie, w którym poczujemy i zapach powietrza i smak krwi. Są szczere i prawdziwe na tyle na ile pozwala pamięć. A przy całej swojej poezji, odznaczają się precyzją i konsekwencją, nie obiecując więcej niż mogą dać. Pomimo różniących autora i czytelnika życiorysów, pomimo innych miast i osiedli, odpryski tych wspomnień okazują się zadziwiająco wspólne co tylko przekonuje, że Paweł Sołtys pisze o nas a nie o sobie.
Uwaga, użycie Mikrotyków powoduje objawy odstawienia.             

środa, 11 października 2017

Po nas choćby rdza

Zdjęcie wydawca
Rdza - Jakub Małecki. To jakby Dygot drugi. Równie sugestywny w opisie rodziny, małej społeczności, związków, tańca przypadku z przeznaczeniem. Tak jak w Dygocie kalendarz historyczny to jedynie odnośnik, zegar odmierzający życie bohaterów - Szymka, jego rodziny, ludzi z ich otoczenia, mieszkańców małej miejscowości, wsi wręcz, małych żyć. Możemy w tej procesji życiorysów dopatrzeć się zjawiska korozji, której efektem jest rdza*. Proces ten oglądamy najczęściej w przyspieszonym tempie, zatrzymując się chwilami by przyjrzeć się bliżej jego szczegółom.Ten znany z popularnonaukowych filmów myk pozwala nam znowu odbyć ponad sześćdziesięcioletnią podróż. Masę żelazną uosabiają tory kolejowe, siekiera, pistolet, samochód, brona, stopione już na zawsze z ludźmi i budujące zlepek z krwi i rdzy. Podoba mi się u Małeckiego ta próba uratowania efektów tego rozpadu przed zapomnieniem, przed umniejszeniem tych biografii z Chojnów. Imponuje takim przechowywaniem rdzy w szklanym naczyniu, ratującym bądź chociaż spowalniającym jej całkowity rozpad. Ale to za mało by autora uwolnić od zarzutu wtórności, skopiowania własnego Dygotu, powtórzenia równie wciągającego, emocjonalnego ale jednak powtórzenia. Chyba, że ta historia musi wybrzmieć do końca. Wtedy przeczytam i następną podobną, z przyjemnością. 

* (za Wikipedią) Przy wystarczającej ilości czasu, tlenu i wody, każda masa żelaza ostatecznie przekształca się w całości w rdzę i rozpada się.


Dygot -  Sześćdziesiąt sześć lat dygotu.  Nie potrafię z całą stanowczością 
stwierdzić
Zdjęcie wydawca
czy to już proza wybitna. Nie wiem czy opowiada o nieuchronności przeznaczenia czy raczej o ścieżkach wolnego wyboru. Nie wiem czy wielkopolskie Koło staje się mandalą życia czy pozostaje jedynie prowincjonalnym miastem. Są w książce fragmenty wybitne, które faktycznie wywołają w nas dygot. Na pewno historie rodzinne znad Warty, które opowiada Małecki silnie angażują czytelnika, są świetnie napisane i drżą od emocji. I długo będą w nas rezonować, że tak przy drganiach pozostanę. 

piątek, 6 października 2017

Drim-kam-tru

Reklama w kinie. Zdjęcie własne
Blade Runner 2049 - Denis Villeneuve. Uspokoiłem się po pierwszych recenzjach. Nie wczytywałem się w nie ale jednoznacznych tytułów trudno było nie zauważyć.
Blade Runner - Ridleya Scotta był filmem, który praktycznie zdefiniował mnie jako miłośnika fantastyki. Wczoraj jeszcze powtórzony zachwyca niemalże tak samo jak obejrzany po raz pierwszy. Stąd moje obawy, które pojawiły się gdy parę lat temu (jak ten czas płynie) ogłoszono, że powstanie ciąg dalszy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że wszyscy, którzy pod kierunkiem Villeneuve'a tworzyli ten film dali radę. Sprostali niełatwemu przecież zadaniu by po 35 latach powrócić do tego świata. Po 30 latach wrócić do Los Angeles i ponownie przykuć naszą uwagę marzeniami androidów i ich łowców. Byłem pewny, że film będzie ucieczką do przodu a tu zaskakująco dostałem jednak kontynuację ściśle powiązaną z filmem Scotta i w detalach nawiązującą do książkowego pierwowzoru. Kontynuację zgrabną, zrobioną z szacunkiem do widza, z potrafiącą zaskoczyć fabułą. W warstwie wizualnej i dźwiękowej emocjonalnie i technicznie bez zarzutu. Los Angeles nadal mroczne, mokre i ubrane w światła neonów i świetlnych reklam. Muzyka chwilami ładnie nawiązuje do tematów Vangelisa ale jednocześnie nie jest wtórna i właściwie współgra z obrazem. Aktorsko można jedynie żałować, że nie było roli na miarę Roya Batty'ego (Rutger Hauer). Harrison Ford wypadł w tym powrocie lepiej niż w Przebudzeniu mocy. Ryan Gosling bezbłędnie stworzył postać funkcjonariusza K. Do historii filmu powinna przejść scena ich bójki w hotelowej sali w czasie holograficznego koncertu Presleya. Obawiałem się długości tego blisko trzygodzinnego filmu ale nie jest to odczuwalne co świadczy o jakości widowiska.
Idźcie i patrzcie, ale uważajcie, kolejki przed salami kinowymi to na film Pana Vegi a nie Villeneuve'a.

Zdjęcie własne


wtorek, 3 października 2017

Refleksy #10

Plac zabaw - Bartosz M. Kowalski. To nie miało prawa się zdarzyć. Gdyby takie straszne rzeczy się nie zdarzały moglibyśmy po seansie powiedzieć - to niemożliwe. Obraz słusznie wstrząsający, chociaż widz nie powinien w tym szoku ograniczać się do finałowej sceny. Zło pełznie przez cały film. Debiut na miarę najlepszych obrazów Michaela Haneke.
A Ghost Story - David Lowery. Życie pośmiertne duchów czyli czym się one zajmują gdy nie straszą. Kojący, poetycki obraz samotności ujętej do tego w kosmicznej skali czasu. Filmografia wytwórni A24 generalnie zasługuje na uwagę 
Morgan - Luke Scott. Długometrażowy debiut syna Ridleya nie zachwyca. Pomimo grupy znanych aktorów i scenariuszowego potencjału, nie wykorzystuje żadnego z tych atutów. Cień Ex Machiny - Alexa Garlanda  i Hanny - Joe Wrighta, przecież też nie arcydzieł.
Deepwater Horizont - Peter Berg. Bliskie tradycyjnemu kinu katastroficznemu chociaż oparte na wydarzeniach, które w 2010 r. miały miejsce w Zatoce Meksykańskiej. Jednak jak się wydaje, przebieg już historycznych wypadków był o wiele ciekawszy niż ich fabularna wersja.
Boska Florence - Stephen Frears. Śpiewać każdy może a chcieć to móc. Zabawna ale nie rubaszna wersja opowieści o bogatej damie w opałach (Meryl Streep). Jako rycerz-ratownik uroczy jak zawsze Hugh Grant. Przy całym swoim humorystycznym aspekcie dogłębnie refleksyjne kino. 
Electric Dream - interesująco się zapowiadająca antologia filmów tv na podstawie twórczości PKD. Zgodna z moimi o tej twórczości wyobrażeniami, scenicznie dotrzymuje kroku dotychczasowym ekranizacjom. Oprócz powtórki Blade Runnera dobre wprowadzenie/uzupełnienie do kontynuacji Villenneuve'a.
Star Trek: Discovery - Nigdy nie byłem trekkies, kinowe wersje przygód dzielnej załogi oglądałem zazwyczaj w kinie domowym raczej z sympatii dla gatunku niż tej konkretnej serii. Z serialami było znacznie gorzej, wystarczy powiedzieć, że jaki odcinek  bym nie oglądał to zawsze trafiałem na problemy z Klingonami. Rozumiecie, nudne to się już zrobiło. Włączam nowe otwarcie a tam znowu Klingoni. No i ktoś histerycznie uznał, że poprzednie serie były zbyt seksistowskie. Lepiej jeszcze raz obejrzeć Galaxy Quest. Ponoć konkurencja z Orville zrobiła to samo tylko lepiej. A ja wolę raczej zamierzone pastisze.

czwartek, 14 września 2017

Refleksy #9

Ja, Daniel Blake - Ken Loach. Laureat szeregu nagród kina europejskiego (m.in. Złota Palma, Cezar, BAFTA), którego sukcesem zdawał się być zdziwiony sam reżyser odbierający w 2016 r. nagrodę w Cannes. Jednak zasłużona. Mądra i wzruszająca społeczna diagnoza dzisiejszego świata. Prosta historia o jego niepotrzebnym skomplikowaniu. Dojrzały mężczyzna w wyniku choroby traci dochody. Nie może podjąć pracy ale i nie może otrzymać zasiłku. W tak granicznej sytuacji zachowuje pogodę ducha, rozsądek i chęć niesienia pomocy innym wykluczonym. Wielkie kino.
Aquarius - Kleber Mendonça Filho. Sonia Braga jako spełniona zawodowo i rodzinnie kobieta w nierównym pojedynku z deweloperem, któremu stoi na przeszkodzie w realizacji nadmorskiej inwestycji. Zero sensacji. Kameralność, społeczna refleksja i powolne tempo pozwalają spojrzeć inaczej na dojrzałą kobiecość i pokoleniowe różnice.
To przychodzi po zmroku - Trey Edward Shults. Jednak zawód. Film zmarnował pomysł, który jest jakby obiecany w tytule. Nawet całkiem się rozminął  z tą tajemnicą za którą pognał w las pies. Pozostaje przeciętnym filmem postapo o próbujących przetrwać ludziach bardzo podobnym do Into the Forrest - Patricji Rozemy.
Jestem mordercą - Maciej Pieprzyca. PRL-owskie śledztwo na tropie wampira z Zagłębia poruszając się w historycznym kostiumie słusznie minionej epoki pokazuje nie tylko konformizm jej funkcjonariuszy. Ambitny milicjant, początkowo wierny kryminalistyce nie ideologii, sięga po pomoc zachodniego autorytetu w nakreśleniu portretu psychologicznego seryjnego zabójcy kobiet i wspiera się oprogramowaniem komputerowym w jego typowaniu. Później wybiera drogę na skróty. Szybszą ale prowadzącą na manowce. Jednak Czerwony pająk, Marcina Koszałki zostawiał więcej pytań.
Piraci z karaibów: Zemsta Salazara - Joachim Ronning, Espen Sandberg. Na Karaibach szleje nie tylko Irma. Spustoszenie sieje ponownie Jack Sparrow - pijak, abnegat, nihilista ale i kapitan Czarnej Perły. W starciu z umarłym Salazarem-Bardemem, oprócz sprawdzonej załogi pomaga mu dzielna młodzież. Jednak mam słabość do tych karaibskich przygód.
Bodyguard zawodowiec - Patrick Hughes. Ani to nice guys ani deadpool. Fabuła jakich już wiele było. Wrogowie skazani na siebie muszą się zaprzyjaźnić by przeżyć. No i czepili się Białorusi a jej prezydent to ponoć taki ciepły człowiek.
Serialowo:
Kroniki Times Square - zaskakująco dobry serial o Nowym Jorku lat 70-tych. James Franco w podwójnej roli i Maggie Gyllenhaal. Uliczna prostytucja aspiruje do świata biznesu. Porno biznesu. Ozark - wyprzedza czwarty sezon Narcos, który ma traktować o narkokartelach z Meksyku. Całkiem porządna produkcja netflixa z Jasonem Batemanem w roli głównej i w roli jego twórcy. Księgowy mafii musi odpracować potężny dług a przy okazji poukładać swoje życie rodzinne. Nie wiadomo co jest bardziej emocjonujące. Narcos w sezonie trzecim skupia się na konkurentach Escobara - kartelu z Cali. Brak Pabla wcale nie spowalnia akcji. GoT nie cackała się z fanami i w ekspresowym tempie doprowadzeni zostaliśmy do finału wiedząc już, że muru nie ma, że zima jednak przyszła, że jeden ze smoków przeszedł na drugą strone. I nadal nie wiadomo jak ta historia się zakończy. Trzymam kciuki za Cersei bo to ona najbardziej zasługuje na tron. Twin Peaks także doprowadził nas do finału, dla mnie absolutnie satysfakcjonującego. Dawidzie Lynchu, proszę o więcej. Gwiazda szeryfa z Timem Rothem póki co nie przekonuje, z podobną ostrożnością oglądam China girl czyli Top of the Lake, czyli Elisabeth Moss, sezon drugi. Defenders po słabiutkim Iron Fistcie przekonuje, że jest tak mocny jak jego najmocniejsze ogniwo (Jessica Jones) i tak słaby jak jego najsłabsze (Ręka). Czekam na Punishera. Przy okazji informacji, że netflix wspólnie z Agnieszką Holland nakręci oryginalną produkcję powiadającą o alternatywnej Europie, w której zimna wojna nigdy się  nie  skończyła a żelazna kurtyna nadal rozdziela wschód od zachodu, nie mogłem uwierzyć, czytając komentarze do tej informacji, jaką nieuzasadnioną i bezinteresowną niechęcią darzona jest reżyserka przez rodaków. Tym bardziej, hejterom na pohybel, trzymam kciuki za projekt, za twórczynię, pamiętając, że kino politycznie zaangażowane jest jej żywiołem.


środa, 13 września 2017

To nie koniec

Halloween clown  mask 
To - Andres Muschietti. Ekranizacja ponoć najlepszej powieści grozy Stephena Kinga paradoksalnie nie przebija swoich telewizyjnych epigonów ze Stranger Things na czele i klaunami rozsianymi po American Horror Story. Idąc na seans liczyłem na jakiś reżyserski geniusz, który ogarnie całość w jednym filmie. Jednak To nie koniec. Film ewidentnie robiony pod batutą Mistrza nie pozwala na żadne scenariuszowe szaleństwo, chociaż wydaje mi się, że stać będzie po stronie tych udanych ekranizacji prozy Kinga.
    W Derry, miasteczku w którym rzecz się rozgrywa, nie ma ani szczęśliwych dorosłych ani też szczęśliwych dzieci. Samo miasteczka również nie wygląda na radosne. Poznajemy je bardziej w miejscowej bibliotece niż w szerszych planach. Wiemy o nim jedynie to, że statystycznie ginie w nim, znika bez śladu więcej dzieci niż gdzie indziej. Końcówka amerykańskich lat osiemdziesiątych wygląda równie smutno jak i tych wtedy w Polsce. Nostalgia zaznaczona jest pojedynczymi artefaktami i jest jej tyle ile potrzeba, nie więcej i nie mniej. Kończy się rok szkolny będący dla wielu wyzwoleniem, obietnicą zmiany, początkiem czegoś nowego. Grupa dzieciaków pomimo sielskiej atmosfery wakacji musi zmierzyć się nie tylko z terroryzującą ich nadal szkolną starszyzną na czele, której stoi Henry, syn miejscowego szeryfa ale głównie z własnymi problemami, kompleksami, lękami. Billy'emu zaginął młodszy brat, Eddie ma nadopiekuńczą matkę a Beverly tatusia. Ben cierpi z powodu swojej otyłości, Mike ma syndrom ocalonego, jego rodzina zginęła w pożarze. Stanley boi się wszystkiego a najbardziej czekającej go ceremonii bar micwy. Jedynie okularnik Richie wydaje się mieć wywalone na wszystko i po za tym, że jest gadatliwy i wszystko kojarzy mu się z seksem, jest absolutnie nie lękliwy. Dzieciaki podejmując próbę rozwiązania zagadki zniknięć dzieci zmierzyć się muszą z własnymi słabościami a horror, który ich czeka stanie się nie tylko egzaminem ich siły ale i rytuałem przejścia. Obecny na ekranie, praktycznie od początku, demoniczny klaun Pennywise, wręcz mistrz inicjacji, uosabia ich lęki i skutecznie zniechęca do odkrycia przez nich prawdy. Odkrycie jej to pyrrusowe zwycięstwo, każdy z nich musiał za nią oddać część siebie a Zło pokonane zostało jedynie na pewien czas. Przymierze krwi, które zawierają, jednoczące ich w przyjaźni i doświadczeniu tajemnicy, kończy nie tylko wakacje ale oznacza także koniec dzieciństwa.
Finał informuje nas, że to chapter one, wiemy więc, że z bohaterami, tym razem już dorosłymi, spotkamy się jeszcze raz. Złamałem zasadę, że na horrory nie chodzę do kina. Nie było źle.

wtorek, 5 września 2017

Wolski z ziemi polskiej

Zdjęcie wydawca
Wampir - Wojciech Chmielarz. Dałem się namówić zachęcony dobrymi opiniami jakimi cieszy się autor. Tłumaczę się, nie dlatego, że powieść mi się nie podobała ale z uwagi na to, że z polskim kryminałem, kryminałem współczesnym w ogóle, mam pewien problem. Dotyczy on głównie jakości samej zagadki kryminalnej a więc clou całego przedsięwzięcia. Mam tu na myśli typowy kryminał, nie jakąś hybrydę sensacji, thrillera, fantastyki czy innego cholerstwa. Może to być kryminał ubrany w powieść policyjną, detektywistyczną, prokuratorską, dziennikarską a nawet księżowską gdzie zasadniczo będzie chodzić o rozwiązanie zagadki - kto zabił? I uzyskanie w tym dochodzeniu odpowiedzi na wszystkie siedem złotych pytań kryminalistyki. Obecnie w tym dochodzeniu do prawdy brakuje pewnej niezbędnej prostoty a zarazem finezji. Dochodzi momentami wręcz do sytuacji, że tracę zainteresowanie samym grande finale, w którym autor pokazuje mi twarz mordercy, bo jestem już zmęczony zawijasami fabuły, która mnie do tego momentu doprowadziła. Tak mnie zmęczył tryptyk o prokuratorze Szackim, Zygmunta Miłoszewskiego. Ostatni i to chyba gatunkowo niezbyt czysty kryminał jaki mi się zdarzyło przeczytać z dużym zainteresowaniem to Ciemno, prawie noc - Joanny Bator (określiłem  nawet tą opowieść mianem kryminalnej baśni).
    Może należy pozostać przy klasyce gatunku?. Np. Zabójstwo Rogera Ackroyda, druga powieść w dorobku Agathy Christie, od lat w czołówce najlepszych kryminałów. Powieść wzbudziła w momencie jej wydania oburzenie złamaniem gatunkowych reguł, mordercą okazał się narrator powieści. Ostatnio obejrzałem interesujący film dokumentalny Agatha Christie kontra Hercules Poirot w reż. Jean-Christophe Klotz. Przedstawia on pracę Pierre'a Bayarda, profesora literatury i psychoanalityka, który postanawia zdekonstruować tą wspaniałą powieść. Po 80 latach od wydania książki dochodzi do zdumiewających wniosków rzucających nowe światło na osobę mordercy. Krytykom, którzy w tamtym czasie zarzucali Christie złamanie kanonów powieści kryminalnej autorka przecież odpowiadała - Czytajcie uważniej! Okazuje się, że Christie mogła złamać jeszcze jeden schemat. W finale błąd, dedukcyjną pomyłkę mógł popełnić detektyw a uważny czytelnik miał możliwość ujawnienia prawdziwego mordercę. Czy trochę bliższą naszym czasom ObietnicaFriedericha Durrenmatta. Wykorzystując kryminalną opowieść pozwala sobie na podtytuł Requiem kryminału. Także łamiąc gatunkowe klisze pozostawia zbrodnię nieukaraną, zbrodniarza nieujawnionego, ofiary nie pomszczone, detektywa nie ze swojej winy, bo z winy przypadku, pokonanego.
    Nie, jednak szkoda byłoby zaczytywać się tylko w starych, klasycznych kryminałach. Nie tylko dlatego, że zbrodnia, jej motywy i spryt ludzki jakoś się diametralnie przez lata zmieniły. Dla tego dreszczu, co autor tym razem wymyśli. Może odkryjemy coś nowego?
    Kończąc te dygresje, wracając do Chmielarza podkreślam, że to całkiem udana historia. Świetnie odmalowany miejski pejzaż Gliwic, mięsiści bohaterowie, realistycznie odmalowane środowisko wielkomiejskiej młodzieży, echa nadal goszczących w tabloidach spraw, no i charakterystyczny prowadzący śledztwo. Młody, ok. trzydziestki, niepoukładany życiowo facet, którego jeżeli obdarzycie sympatią to znaczy, że naprawdę znacie życie. Podejmuje się sprawy wyjaśnienia samobójczej śmierci młodego chłopaka i prawie gubi się w asfaltowej dżungli.
Zombi, kolejna sprawa Dawida Wolskiego, kontynuująca jak się wydaje wątki zasygnalizowane w Wampirze przecież już czeka na przeczytanie...

sobota, 2 września 2017

Napisz mnie, opowiedz

Zdjęcie wydawca
Niepełnia - Anna Kańtoch. Oczekiwałem nowej powieści czując, że wydana w powergraphowych Kontrapunktach może być równie intrygująca co jej Czarne*. Nawet projekt okładki opozycyjnie biały, przełamany krwawymi plamami tę obietnicę podtrzymał. Nie zawiodłem się co wcale nie było takie oczywiste gdyż lektura Łaski pozostawiła mnie nie do końca usatysfakcjonowanego**
Nie wiem czy Niepełnia wywoła tyle dyskusji interpretacyjnych co świetne Czarne, wiem, że powinna. To quasi kryminalna historia , czy jakby chciała autorka "książka zaliczana do gatunku "coś dziwnego". Albo Kańtoch punk, jak kto woli", również wymyka się prostej interpretacji uprawiając narracyjną woltyżerkę. Pierwotnie mająca nosić tytuł Opowieści o opowieściach to piętrowa historia kilku mniej lub bardziej powiązanych ze sobą osób w nieunikniony sposób zdążających do konkretnego miejsca. Miejsca, w którym wszystko się zaczyna i w którym wszystko się zacznie od nowa. Opowieści Kańtoch, pozornie splecione niczym warkocz, przypominają przy tym bardziej wstęgę Mobiusa. Gra, która prowadzi autorka z czytelnikiem jest wciągająca i nie pozwala odłożyć książki zmuszając do jej przeczytania "na raz". Pomimo czujności w czasie lektury nie raz poczujemy się silnie zaskoczeni, narracją i wynikającą z niej czasoprzestrzenią czy oryginalnym potraktowaniem problematyki genderu. Niepełnia umyka łatwemu streszczeniu, ale to właśnie jej tytuł dotyka najbardziej istoty płci, tego poszukiwania i prób odnalezienia siebie. To nieosiągalne imago.

Czarne – jest przede wszystkim pięknie napisaną książką. Pisaną pięknym i lekkim językiem,
Zdjęcie wydawca
konstrukcją, która popycha nas w lekturze nie tyle koniecznością dotarcia do puenty ale do zapoznania się z każdym następnym zdaniem, rozdziałem, jego rytmem i obrazem jaki niesie. Oprócz tego, to niebanalna historia, początkowo odbierana jako opowieść o duchach, przeistacza się w coś mniej oczywistego a bardziej niesamowitego. Autentyczne napięcie jakim nas obdarza wywołuje wspomnienie lęków, których doświadczyliśmy, a które zapomniane, drzemią po za świadomością. Przypomina emocje dzieciństwa, które się kończy. To także obraz kraju, ludzi  mielonych przez czas i Historię. To obraz przemiany, nie dokonanej ale dokonywanej i próba odkłamania rzeczywistości. Osobiście to moje pocztówkowo-fotograficzne wyobrażenie o międzywojniu, to moja recepcja prozy Iwaszkiewicza i Miłosza Poematu o czasie zastygłym. To sanatoria Schultza i Tomasza Manna i groza Inwazji porywaczy ciał  i tajemnica Piknika pod wiszącą skałą. To Czarne.

** Łaska. Kryminał to gatunek silnie egalitarny. Wszyscy czytamy kryminalne historie, tak te z życia
Zdjęcie wydawca
jak i całkiem wymyslone, z wypiekami na twarzy, nawet gdy do tego nie chcemy się przyznać. Wielu pisarzy kryminał ma w swoim CV, czasami nawet jakiś tytuł przechodzi do historii literatury lub przynajmniej trafia na listy bestsellerów. Jednak większość to historie mające jedynie zaspokoić naszą ciekawość i doprowadzić nas na smyczy autora do rozwiązania kryminalnej zagadki. Łaska jest właśnie takim przypadkiem. Trup się ściele gęsto, PRL wydaje się egzotycznie odległy, Milicja Obywatelska radzi sobie jak może a jej funkcjonariusze to skrzyżowanie kapitana Żbika z porucznikiem Zubkiem. Są kobiety i mężczyźni ale jakby osobno. I dzieci, dużo dzieci.  A całość mogłaby nosić tytuł Tajemnica Zielonego Domku. Nie tyle jako odniesienie do intrygi a raczej z uwagi na taki młodzieżowy styl całości. Tak, Łasce raczej bliżej do wcześnieszych Tajemnic Diabelskiego Kręgu czy Tajemnic Nawiedzonego Lasu niż do świetnego i naprawdę tajemniczego Czarnego. Szkoda.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Bóg wojny żyje i ma się dobrze

Zdjęcie producenta
Wonder Woman - Patty Jenkins. W końcu film superbohaterski nie tylko nakręcony przez kobietę ale wygląda, że również dla kobiet. Jest jak opatrunek na ten zmaskulinizowany świat i pokazuje, że nie tylko testosteron rządzi, że estrogen ma przyszłość. Oczywiście to może być jedynie "chłyt" marketingowy celujący w żeński elektorat, który może decydować o wyjściu do kina.
Przyznam, że nie byłem przekonany do tej historii i chociaż film mi się zasadniczo podobał, realizacyjnie to sensowna wielce i przyjemna dla oka produkcja, to nie do końca przemówił do mnie jego kontekst historyczny. Rozumiem zgrabne nawiązanie do legendy Aniołów z Mons i dramat Wielkiej Wojny Światowej dehumanizującej poprzez masowość śmierć człowieka. I dlatego komiks w tym miejscu nieco mnie uwierał. Wolałbym więcej przygody, jeżeli w klimacie fantasy to raczej w stylu Thora czy Doktora Strange. Ale wtedy przyznam się, że tkwię nadal w męskim świecie. Wonder Woman wierzy, że miłość może ocalić świat. Patrząc na nią także w to wierzę ale wiem również, że bóg wojny żyje i ma się dobrze.
Zamiast wpisu na 1 września.

sobota, 12 sierpnia 2017

Refleksy #8 i pół

   Mumia - Alex Kurtzman. Film porażający głupim scenariuszem, czego nie usprawiedliwia ani panująca kanikuła ani zasadniczo staroświecka fabuła. Koło zamachowe filmu - Tom Cruise, oprócz tego, że bohaterski to próbuje również być zabawny. Mętna fabuła jest rozpięta pomiędzy kinem archeologiczno-masoneryjnym spod znaku Indiany Jones'a i Dana Browna a wszelkimi papirusowymi horrorami, których potencjał wyczerpała już Mumia Stephena Sommersa i jej kontynuacje. Całkowicie zdumiewa mnie, że film mimo tego zarobi na siebie.
    Król Artur. Legenda miecza - Guy Ritchie. Bliżej tu do poziomu Kryptonim U.N.C.L.E niż Porachunków czy nawet Sherlocków ale to nadal Ritchie. Szybki montaż, dynamiczna muzyka i wyraziści męscy bohaterowie wystarczą żeby przetrwać seans.
    Wszechstronna dziewczyna - Colm McCarthy. To ekranizacja wydanej u nas książki postapo - M. R. Careya - Pandora*. Film chociaż z 2016 r. pojawił się u nas dopiero teraz, na tegorocznym, 17 międzynarodowym festiwalu filmowym nowe horyzonty. Czy zasługuje na to (rozumiejąc, że festiwal miałby pokazywać to co w kinie oryginalne, ponadczasowe czy chociażby zasługujące na zapamiętanie) to inny sprawa. Być może wpisując się w figurę Innego trafia w dzisiejsze lęki i kryzysy. I być może właśnie tym, a nie zwykłą chęcią dowalenia zombiakowi, przemówi do festiwalowej publiczności. W roku śmierci Georga Romero niech pozostanie chociaż hołdem dla niego. Nadal jednak w tym temacie pozostaję fanem brytyjskiego, niestety nie kontynuowanego, serialu In the Flash

* (z refleksji na forum DOF) Początek oszczędnie dozujący informacje o otaczającym bohaterów świecie pozwalał mieć nadzieję, że faktycznie dostanę coś nowego o zombie i postapokalipsie i książka nie skończy jako wakacyjna lektura. Niestety Carey w pewnym momencie uznał, że należy zawalczyć o ekranizację i nie zawahał się użyć całego znanego arsenału tego już oklepanego tematu. Od Resident Evil po 28 dni/tygodni później, od Więźnia Labiryntu po Dzień tryfidów, po Drodze trafimy i na Aleję Potępienia. Komu to nie przeszkadza będzie się dobrze bawił. Komu to przeszkadza, niech się bawi właśnie tym.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Lata ścieżki

   Chcąc skorzystać z letnich miesięcy, czasu wakacji ale i ograniczonych czasem urlopów, warto rozejrzeć się wokół siebie gdyż zawsze znajdziemy coś atrakcyjnego i interesującego w zasięgu jednodniowej wycieczki (oczywiście to plan minimum i raczej dla mieszkańców południowo-zachodniej ćwierci kraju).
   Na pograniczu lubuskiego powiatu żarskiego oraz niemieckiej Saksoni i Brandenburgii warto odkryć tzw. Łuk Mużakowa do poznania którego zaprasza Łęknica oraz niemieckie Bad Muskau. Uroczy zakątek położony nad Nysą Łużycką pozwala na spędzenie aktywnego wypoczynku na terenie przepięknego Parku Mużakowskiego. To ponad 700 hektarów zielonych terenów, urządzonych w stylu angielskim z przepięknym starodrzewiem - chociażby dębami o nazwach Odyn i Thor, z ośmio- i siedmiometrowymi obwodami należą do najgrubszych dębów w Polsce.
Po parku można poruszać się rowerem i o ile nie mamy własnego na miejscu nie ma problemów z wypożyczeniem sprzętu (także z fotelikami dla dzieci).
   Drugą atrakcją jest geościeżka w Dawnej Kopalni Babina. Ok. 5 kilometrowa trasa biegnąca wśród lasów oraz mniejszych lub większych jeziorek stworzona została częściowo w wyniku rekultywacji terenu po kopalni odkrywkowej węgla brunatnego w części zaś w wyniku procesów antropogenicznych. Uroki tego miejsca odkryli fotoreporterzy National Geographic.





    Nieoczywistym kierunkiem może okazać się Wałbrzych. To z pewnością zamek Książ, trzeci największy zamek w Polsce (po Malborku i Wawelu), otaczające go tarasy i park, stadnina koni oraz pobliska Palmiarnia. Ale i również mocno industrialna zabudowa Starej Kopalni. To zamknięta w 1996 r. Kopalnia Węgla Kamiennego Julia, odpicowana za grube pieniądze i chyba przez to, niestety, zbyt sterylna (to faktycznie bardziej centrum naukowo-konferencyjne). O wiele większe wrażenie wywarła na nas trasa turystyczna w kopalni-muzeum w Nowej Rudzie (40 km od Wałbrzycha w kierunku na Kłodzko, po drodze można odwiedzić Podziemne Miasto Osówka leżące w tajemniczym kompleksie Rise). Wyjeżdżając z Wałbrzycha warto zatrzymać się w Szczawnie Zdroju, cudownie zielonym uzdrowisku z takim trochę zatrzymanym czasem.



   Atrakcją niedawno oddaną turystom jest Ścieżka w koronach drzew Karkonosze w czeskich Jańskich Laźniach (ok. 40 km. od Jeleniej Góry). Ta wzbudzająca na początku kontrowersje konstrukcja (obawiano się jej dominacji nad krajobrazem) przekonuje do siebie od razu po wejściu na nią. Jest to szeroka i wygodna ścieżka prowadząca od poszycia lasu do korony drzew. Spacerujemy wśród zielonych drzew typowego karkonoskiego mieszanego lasu. Kulminacją jest wysoka na ponad 40 metrów wieża ze spiralnie wznoszącą się ścieżką dla zwiedzających prowadząca ponad drzewa. Gdybyśmy nie chcieli schodzić możemy zjechać 80 metrową rurą ale warto jednak jak najdłużej przebywać wśród drzew.
   Konstrukcja jest przyjazna dla rodzin z dziećmi i osób z ograniczeniami ruchowymi. Edukuje z życia lasu, dowiemy się na ścieżce "o zaletach "ładnego" i "nieładnego" lasu i jaką pożywkę stanowi dla żywego lasu las martwy" (z folderu). Jest również ekspozycja podziemna gdzie możemy zapoznać się z przekrojem gleby oraz systemem korzeniowym drzew. Z pewnością lepsze to od wyścigów harvesterów.
   Całkiem w pobliżu bo w oddalonym o 10 km Pecu pod Sneżkou znajdziemy świetne miejsce na rozpoczęcie przygody z tą najwyższą górą Karkonoszy, także Sudetów, Czech i będącej jednocześnie najwybitniejszym szczytem Polski (1202 metry wybijający się ponad wyżyną). Jeżeli nie mamy czasu lub sił to Śnieżkę możemy zdobyć kolejką gondolową (250 osób na godzinę). Do Polski warto wrócić przez Przełęcz Okraj.









* wszystkie zdjęcia własne

środa, 9 sierpnia 2017

Refleksy #8

Jak przyjemnie ogląda się takie filmy, pełne afirmacji wszystkiego co pozytywne, wszystkiego co sprzyja osiągnięciu celu, marzeń, gdzie wszelkie przeszkody są łatwe do ominięcia. Części zamienne - Sean McNamara - o grupie uczniów z nie najlepszego koledżu w kraju, którzy dzięki uporowi swojego nauczyciela startują w nietypowych zawodach konstruktorskich. Pele. Narodziny legendy - Jeff i Michael Zimbalist. Oczywiście nie tylko dla miłośników piłki nożnej. Mistrz też wystąpi.
Mniej optymistyczne ale bardzo sugestywne spojrzenie na życie młodego żołnierza. Najdłuższy marsz Billy'ego Lynna - Anga Lee to ekranizacja wydanej u nas w tym roku powieści - Długi marsz w połowie meczu - Bena Fountaina, próba rozliczenia pokolenia biorącego udział w ostatnich wojnach Ameryki. Cierpkie, momentami gorzkie ale i przykuwające uwagę surowością i szczerością przekazu.
Jack Reacher. Nigdy nie wracaj - Edward Zwick. Obraz z fabułą tak przewidywalną i naiwną, że oczy bolą. Dlatego zgadzam się z podtytułem.
Valerian i Miasto Tysiąca Planet - Luc Besson. Całkiem miła letnia rozrywka, wcale nie gorsza niż np. Strażnicy Galaktyki vol. 2 i z pewnością mniej nadęta niż Obcy: Przymierze. Świetne patenty na wirtualnym bazarze, całkiem dobrze radząca sobie młodzież, fajna muzyka. I co z tego, że już to wszystko u Luca Bessona widzieliśmy...
Zaczynam biografię realistyczną Lem. Życie nie z tej ziemi (nie powinno być z dużej litery?) - Wojciecha Orlińskiego i zapowiada się na poważną rzecz. Spodziewałem się, nie wiem dlaczego, lżejszego pióra. Skoro jestem przy piórach to okazać chciałbym swą wdzięczność za wpis o tychże , czyli PIÓRA albo sekretna historia literatury polskiej - Zbigniewa Wojnarowskiego. Bodaj tylko dwa opowiadania zamieszczone były wcześniej w Nowej Fantastyce ale dopiero cały zamysł autora co by opowiedzieć nam w nietypowy sposób dzieje literatury polskiej robi odpowiednie wrażenie.

Zdjęcie własne

wtorek, 1 sierpnia 2017

Zamiast syren

Zdjęcie własne
Nie mam nikogo w rodzinie związanego z Powstaniem Warszawskim, nie mam specjalnych związków ze stolicą, żyję na prowincji rubieży tego kraju, daleki od warszawocentryzmu. Niemniej jakiś szczególny przymus wewnętrzny (imperatyw moralny?) raz do roku każe mi dłużej patrzeć w kartkę z kalendarza i skupić się w tych wakacyjnych, urlopowych i przeważnie gorących dniach na tym Wydarzeniu. Mam swoje zdanie, wyrobione na podstawie lektur, dokumentów czytanych i oglądanych, prozie i poezji, o tym dramacie. Wykorzystanej i zabitej młodości, bohaterstwie i zagładzie miasta, śmierci i wygnaniu setek tysięcy jego mieszkańców. Nie jest ono jednak dziś najważniejsze. Ważne jest żeby pamiętać.
W tym roku pamięć wsparła Monika Borzym przepięknymi, jazzującymi interpretacjami wierszy poetki Anny Świrszczyńskiej -  koncertem i płytą - Jestem przestrzeń oraz wydana po latach książka niemieckiego historyka Hansa von Krannhalsa, Powstanie Warszawskie 1944, bazująca na niemieckich dokumentach i pokazująca Powstanie z niemieckiej perspektywy.

niedziela, 30 lipca 2017

Natura nas pogodzi

Cover by John Harman
Wojna o planetę małp - Matt Reeves. W sumie nie wiem czego się spodziewałem po tym filmie, że wyszedłem z kina nie do końca zadowolony. Może wyszedłem po prostu przybity ostateczną konkluzją, że nie jesteśmy na tyle ludzcy by przetrwać. Może nastrój zadowolenia został obniżony obozowymi scenami, podobnymi emocjami, którymi byłem ostatnio szantażowany chociażby przy netflixowej Okji. Pewnie czepiam się bezpodstawnie ale samo, doskonale zresztą, zaanimowanie aż po uczłowieczenie małp jest zbyt słabym mandatem dla ich panowania nad światem. Oczywiście wykorzystały sytuację i nie są nic winne, że okazaliśmy się takimi ćwokami. Nie szkoda nam tak przedstawionych ludzi ale zastąpienie ich człowiekowatymi en masse również nie powinno zachwycać.
Nowa trylogia o małpach wyrasta na doskonały cykl i godnie zastępuje starszą wersję (jestem nieobiektywny bo największą słabość mam do wersji Tima Burtona). Wojna o planetę małp stara się wręcz o laur filmu bardziej mądrego niż powinien być wakacyjny blockbuster. I jest takim powrotem do punktu wyjścia, próba opowiedzenia tej samej historii. Małpy znowu, tym razem ostatecznie muszą się wyrwać z niewoli. Co prawda mamy tu kalkę kina wojenno-obozowego, mamy kolejnego szalonego pułkownika, mamy cierpienie i poświęcenie, zdradę i nawrócenie, epidemię, która mutuje, jest nawet mini wojna z użyciem ciężkiego uzbrojenia. Ale odnoszę wrażenie, że planecie jest obojętne kto nią będzie władał. Przecież byle lawina może zabrać wszystko.

środa, 26 lipca 2017

Hybrydowe zielone ludziki

Zdjęcie wydawca
Czerwień - Linda Nagata. Ma podtytuł Misja "Brzask" i jest pierwszą częścią trylogii wydanej już w całości w Polsce. Czytelniczo to bardzo miła niespodzianka, więcej niż sprawnie napisany technothriller czy jakby chciał wydawca, militarna fantastyka. Jeżeli tak, to bliskiego zasięgu, cholernie bliskiego. Kojarzyła mi się bardzo z "czarną" serią wydawnictwa Adamski i Bieliński.
To historia żołnierzy, niewielkiej grupy bojowej armii amerykańskiej. Poznajemy ich w czasie akcji w Afryce, gdzieś w obszarze Sahelu. Akcji, która dla dowodzącego nią porucznika Shelleya (czyżby ukłon w stronę Mary Shelley?) kończy się dramatycznie. Grupa odnosi ciężkie straty a on sam zostaje inwalidą. W tym momencie wiele opowieści wojennych straciłoby swoja dynamikę ale nie u Nagaty. Tutaj akcja zaczyna nabierać rozpędu i inteligentnie się komplikować. Jak na fantastykę militarną mamy odpowiednio zhybrydyzowanych żołnierzy wspomaganych fizycznie egzoszkieletami, wearables oraz całą masą gadżetów, od dronów po wszystkowiedzącą sieć. Intrygę buduje wewnętrzny amerykański konflikt, w czasie którego dochodzi do użycia broni atomowej, a w całą sprawę wydają się być zamieszani - niewidzialna ręka rynku handlu bronią oraz wirtualna Chmura i grasująca w niej tytułowa Czerwień. Nagata emocjonująco i bardzo zajmująco to wszystko opowiada wzbudzając szczere zainteresowanie ciągiem dalszym, mam nadzieję, w co najmniej równie pasjonujących - Ciężkie próby i stronę mroku.

wtorek, 25 lipca 2017

Tak samo ale inaczej

Zdjęcie wydawca
Stacja Centralna - Lavie Tidhar. Autor szarżuje ale trudno mi jednoznacznie uznać czy w świecie literatury fantastycznej to bardziej wada czy zaleta. Tytułowy obiekt to kosmoport ulokowany w Tel Awiwie, w Judei przyszłości (jakby ziemi tej było mało problemów). Cywilizacyjny konglomerat jaki tam spotykamy uderza do głowy swoją różnorodnością, kosmopolityzmem i wymuszoną miejscem kohabitacją. Staje się jakby ambasadą, ziemią niczyją, Checkpointem Charlie , łącznikiem z Ziemią jej pozaziemskich bytów. Świat się postarzał i zasłużył już na nazwy w rodzaju - Kolebka Człowieka, Macica Ludzkości czy też Rdzeń. Masy ludzkie mieszają się z samodzielnymi acz porzuconymi robotami, świadomość ludzka z jaźnią cyfrową, świat realny z wirtualnym, awatary z jak najbardziej żywymi stworzeniami, biologia swojska i obca, chasydzi z duchownymi Drogi Robota. Nie zdziwi nas nawet ceremoniał obrzezania prowadzony przez kapłana-robota, który chciał zostać Żydem. Zresztą wielobarwność religijna mieszkańców wszechświata Tidhara, bogotwórstwo na tej żyznej monoteistycznej glebie szybko przestaje nas dziwić jakby tłumaczona świętością i mistycyzmem tego miejsca.
W cieniu stacji, już bardziej w tradycyjny sposób, splatają się losy kilku osób. Powracającego na Ziemię Borisa Chonga i jego dawnej miłości Miriam. Jej przybranego syna, Kranka, stworzonego nie zrodzonego, Carmel, kosmicznej strzygi (już wiem dlaczego powieść tak spodobała się Peterowi Wattsowi) żerującej na cyfrowych danych i jej przyjaciela Achi, antykwariusza ceniącego dane bardziej tradycyjne czy Iosabel zakochanej w robotniku a raczej dawnym robocie bojowym, pilotce wirtualnych przestrzeni. Połowę książki zajmuje przedstawienie jego głównych bohaterów, których w drugiej połowie powoli żegnamy, nie prowadzeni przez żądną wstrząsającą nami intrygę, zmuszeni tym samym smakować świata przedstawionego. A świat jest smakowity chociaż najczęściej dostajemy tylko jego kęsy, fragmenty, przeczucia. Autor karmi naszą wyobraźnię niedomówieniami, wiele swoich ciekawych pomysłów nie rozwija lub nieoczekiwanie je porzuca. Najciekawsze jest to, że praktycznie przez całą lekturę nie opuszczamy Tel Awiwu, poruszając się wręcz w jednej jego dzielnicy. Jednocześnie, pomimo tego, że to jednak daleka przyszłość, ten cały świat jest staroświecki i po naszemu przewidywalny. Momentami wręcz melancholijny jak Saudade M. Johna Harrisona, z którego trylogią Traktu Kefauhuchiego ma zadziwiająco wiele wspólnego. Chwilami nostalgiczny i odlskulowy. Narracja jest splątana i niespieszna Dużo w tym literackiego smaku i kulturowej oryginalności. Ale tym autor Osamy i Stulecia przemocy przecież nas nie zaskoczy.

piątek, 21 lipca 2017

Na plaży biała flaga

materiał reklamowy
Dunkierka - Christopher Nolan. Ostatni raz na plaży Dunkierki byliśmy przez chwilę dziesięć lat temu kiedy zabrał nas tam Joe Wright ekranizując Pokutę, Iana McEwana. Jest to raczej tragiczny epizod IIWŚ i pierwsza poważna rana świata zachodniego w starciu z hitleryzmem. Co więcej historycy są przekonani, że Niemcy licząc na zawarcie pokoju z Anglią celowo nie przyłożyli się do wykorzystania tej sytuacji pozwalając na cudowne ocalenie przeciwnika. Jakby jednak nie było prawdziwymi bohaterami operacji Dynamo, w czasie której ewakuowano z wybrzeża Francji ok. 335 tyś. żołnierzy (Churchill liczył, że uda się ocalić 30-40 tyś.) byli zwykli Anglicy, cywile, ludzie, którzy swoimi żaglówkami, kutrami, łodziami wycieczkowymi przepłynęli kanał by zabrać swoich chłopców do domu.
Zaskakująco film Nolana to obraz fabularnie kameralny. Skupia się na historii kilku postaci, wypadałoby nawet powiedzieć bohaterów. To kilku przypadkowych żołnierzy, którzy za wszelką cenę chcą się wydostać z pułapki, właściciel łodzi motorowej (Mark Rylance) i jego załoga, pilot RAF-u i jego Supermarine Spitfire (Tom Hardy) czy brytyjski Komandor pilnujący z brzegu ewakuacji (Kenneth Branagh). Więcej w tym filmie klaustrofobicznie ograniczających niż otwartych przestrzeni. Jedynie dzięki pilotom RAF-u możemy ujrzeć obraz w szerszej perspektywie. Pomaga w tym również ciekawy zabieg narracyjny pozwalający na obejrzenie tej samej sytuacji oczyma różnych bohaterów. Dramatyzm sytuacji podkreśla udźwiękowienie i rewelacyjna muzyka Hansa Zimmera. Film technicznie rewelacyjny. Widać powściągliwość w sięganiu po oprogramowanie tworzące sztuczne efekty. Nolan w większości korzysta z, co najmniej, świetnych replik pojazdów, przedmiotów. Największe wrażenie robią podniebne pojedynki i jedynie można się lekko zżymać na jednoosobową skuteczność Toma Hardy'ego. Musimy również na słowo uwierzyć Nolanowi, że ewakuowano kilkaset tysięcy osób gdyż tego po prostu za bardzo nie widać. I warto przed seansem co nieco na ten temat poczytać gdyż reżyser wrzuca nas w akcję niespecjalnie tłumacząc jej historyczny kontekst. Ale i tak należy zejść dla tego filmu z plaży.

środa, 19 lipca 2017

Zagraj to jeszcze raz, Baby

Cover by Oscar Wright
Baby Driver - Edgar Wright. To podobnej klasy wielkomiejska baśń co La La Land. O ile film Damiena Chazelle'a wpisywał się idealnie w tradycję amerykańskiego musicalu to Wright eksploruje, nie stroniąc od musicalowych zagrywek i w rytmie muzyki dyktującej tempo, szeroko pojęte amerykańskie kino drogi. To samochód stworzył drogę, dał Amerykanom wolność, wypełniał ich marzenia. W kulturze masowej stał się wehikułem eskapizmu ale i blaszaną pułapką. To samochód zmodernizował przestępczość i ją poniekąd zorganizował, przyspieszył świat pędzący do tej pory na koniach.
Tytułowy Baby to młody chłopak (Ansel Elgort), zmuszony do pracy jako kierowca przez Doktora, przestępcę granego przez Kevina Spacey'a, specjalizującego się w opracowywaniu napadów na punkty kasowe. Baby jako kierowca jest szalenie utalentowany co pozwala mu skutecznie i jednocześnie efektownie uciekać przed Policją, wywożąc z miejsca przestępstwa uczestników napadu. Jest przy tym nad wyraz spokojny i skupiony w czym w ogóle pomaga mu namiętne słuchanie muzyki z iPoda. Jego playlista przykrywa równie dobrze osobistą traumę z dzieciństwa co zagłusza wyrzuty sumienia z uczestniczenia w złodziejskim procederze. Jak to w takich historiach bywa, spłacenie długu wobec Doktora i pojawiająca się nagle miłość tylko komplikują życie Baby. Oprócz kilku całkiem brawurowych pościgów samochodowych i porządnej setlisty dostajemy kino rozpięte między Bonnie i Clyde a Dzikością serca, Buntownikiem bez powodu a Ucieczką gangstera. Piękno maszyn i zgrzyt blach przywołują wręcz Christine. No i oczywiście Drive, który, wyobrażam sobie, Baby musiał oglądać jako nastolatek. Film realizacyjnie nie korzystający z efektów komputerowych jest na szczęście daleki od Szybkich i wściekłych. Oprócz Elgorta na pochwałę zasługują Jamie Foxx oraz Jon Hamm jako prawdziwi mad men.
Gdy wracałem z kina żona upomniała mnie bym zwolnił i ściszył muzykę.